
Zostały niespełna dwa miesiące do PZU Półmaratonu Warszawskiego. Treningi godzinne dawno odeszły w niepamięć. Teraz umawiam się z bieganiem na 1,5 - 2 godziny. Poświęcamy sobie coraz więcej czasu i uwagi. Powoli zaczynam mieć wrażenie, że moje uczucie przeradza się w toksyczną miłość, którą trudno odrzucić. Bieganie staje się zaborcze, chce ze mną spędzać coraz więcej godzin, ingeruje w moje życie towarzyskie, męczy mnie, zabiera przestrzeń i wolność. To jedna perspektywa. Natomiast z drugiej strony czuję, że chcę walczyć o ten związek, bo uczy mnie cierpliwości, konsekwencji i wzmacnia wolę walki. Pierwsze motyle w brzuchu już odleciały, pozostała świadoma praca nad naszą relacją i świadoma miłość.
Zmęczyłam się bieganiem. Kilkunastokilometrowe dystanse początkowo sprawiały frajdę, ale kiedy zaczęły zbliżać się do dwudziestki frajda zaczęła mieszać się bólem. Bólem kolan, stóp i bólem duszy. Wiatr i śnieg z deszczem za oknem skłaniają do pozostania w domu pod kocem z książką, a tu trzeba wyjść. Kiedy biegniesz z wiatrem nie ma tragedii, ale kiedy zawracasz i biegniesz pod wiatr, to musisz włożyć znacznie więcej siły w ostatnie osiem kilometrów. Po czterech zaczyna się odliczanie, milion razy patrzę na zegarek i gdyby nie resztki ambicji i woli walki wsiadłabym pewnie w autobus, bo bolą mnie kolana, a nogi stają się ciężkie, jakby były z ołowiu. W tym momencie często zaczynam ryczeć z bezsilności i przeklinać ze złości. Wiele emocji kołacze się we mnie, zaczynam się zastanawiać, czemu po prostu się nie zatrzymam. Przecież jestem dorosła i nikt mnie nie postawi do kąta, ale gdzieś z tyłu głowy wiem, że wykonanie treningu da mi wielką satysfakcję. Zatrzymam się i nie będę mogła uwierzyć, że przebiegłam 18 km. Pulsometr jest na moim nadgarstku i chyba nie kłamie.
