18 km :)
18 km :)

Zostały niespełna dwa miesiące do PZU Półmaratonu Warszawskiego. Treningi godzinne dawno odeszły w niepamięć. Teraz umawiam się z bieganiem na 1,5 - 2 godziny. Poświęcamy sobie coraz więcej czasu i uwagi. Powoli zaczynam mieć wrażenie, że moje uczucie przeradza się w toksyczną miłość, którą trudno odrzucić. Bieganie staje się zaborcze, chce ze mną spędzać coraz więcej godzin, ingeruje w moje życie towarzyskie, męczy mnie, zabiera przestrzeń i wolność. To jedna perspektywa. Natomiast z drugiej strony czuję, że chcę walczyć o ten związek, bo uczy mnie cierpliwości, konsekwencji i wzmacnia wolę walki. Pierwsze motyle w brzuchu już odleciały, pozostała świadoma praca nad naszą relacją i świadoma miłość.

REKLAMA
Minęło 8 miesięcy od czasu, kiedy napisałam tekst rodem z poradnika motywującego („Im bardziej jestem zajęta, tym więcej mam czasu”). Czytam go i myślę z pobłażliwością: „Dziecko, co ty wiesz o życiu, co ty wiesz o bieganiu?”. Napisałam wtedy o moim związku z bieganiem w samych superlatywach, patrzyłam w przyszłość optymistycznie, myślałam, że już do końca życia albo chociaż do końca programu „Biegaj na zdrowie z PZU” będzie tak słodko i uroczo. Byłam już w tylu związkach, a podeszłam do sprawy jak typowa nastolatka. Zapomniałam, że życie to nie bajka i w każdą relację wkrada się kryzys. Tej też nie ominął.
Zmęczyłam się bardzo. Zmęczyłam się dietą, miałam odruch wymiotny na widok kurczaka z ryżem i warzywami, a na widok rozpiski od dietetyczki traciłam apetyt. Niskie temperatury wytworzyły we mnie czekoladowe potrzeby, na horyzoncie marzeń widziałam wielkie, piękne pizze. Mogłam jeść albo to, albo wcale. Tylko śniadania pozostały bez zmian. Jedyny ślad normalności w moim zbuntowanym organizmie.
logo
po 16 km

Zmęczyłam się bieganiem. Kilkunastokilometrowe dystanse początkowo sprawiały frajdę, ale kiedy zaczęły zbliżać się do dwudziestki frajda zaczęła mieszać się bólem. Bólem kolan, stóp i bólem duszy. Wiatr i śnieg z deszczem za oknem skłaniają do pozostania w domu pod kocem z książką, a tu trzeba wyjść. Kiedy biegniesz z wiatrem nie ma tragedii, ale kiedy zawracasz i biegniesz pod wiatr, to musisz włożyć znacznie więcej siły w ostatnie osiem kilometrów. Po czterech zaczyna się odliczanie, milion razy patrzę na zegarek i gdyby nie resztki ambicji i woli walki wsiadłabym pewnie w autobus, bo bolą mnie kolana, a nogi stają się ciężkie, jakby były z ołowiu. W tym momencie często zaczynam ryczeć z bezsilności i przeklinać ze złości. Wiele emocji kołacze się we mnie, zaczynam się zastanawiać, czemu po prostu się nie zatrzymam. Przecież jestem dorosła i nikt mnie nie postawi do kąta, ale gdzieś z tyłu głowy wiem, że wykonanie treningu da mi wielką satysfakcję. Zatrzymam się i nie będę mogła uwierzyć, że przebiegłam 18 km. Pulsometr jest na moim nadgarstku i chyba nie kłamie.
Jest niemiłosiernie trudno. Będzie jeszcze trudniej. Czuję, że więcej w tym walki niż przyjemności, ale trudno się też zatrzymać, choć całe życie podporządkowałam bieganiu. Mam nadzieję, że moi znajomi wybaczą i będą czekać na mnie na mecie, a potem pójdziemy zjeść dużo pizzy. Ja stawiam!