Obserwujesz na Facebooku chociaż kilku znajomych biegaczy? Jeśli tak, to zapewne już wiesz, że to całe bieganie to medale, szczęście, uśmiech, euforia na mecie, zdrowsze, lepsze życie… Jednym słowem wszystko to, co dobre. Prawda jest niestety zupełnie inna – mniej różowa.
REKLAMA
Pamiętacie stare filmy z serii Karate Kid lub coś w podobny klimacie? Scenariusz jest za każdym razem ten sam. Główny bohater musi się nauczyć walczyć, aby móc pokonać swojego wroga — bez względu na to, czy jest nim gówniarz z równoległej klasy, czy koleś, który zabił mu brata. W każdym razie nasz bohater znajduje mistrza, ale ten zgadza się go szkolić dopiero wtedy, gdy nasz śmiałek wyrzeknie się zemsty. W tym momencie odbywa się dłuższa lub krótsza droga do zrozumienia bezsensu zemsty i… zaczynamy treningi. W ty momencie oglądamy kilka przebitek z ciężkich jak diabli treningów i szybko przechodzimy do sedna — walki „wieczoru”, na którą wszyscy czekamy.
Nie wydaje Wam się, że coś tu jest mocno nagięte? Najkrótszy fragment filmu to ciężkie lata treningów.
…Lata.
…LATA!
Nie minuty czy godziny! Lata całe!
Z bieganiem jest dokładne tak samo. Widać głównie sukcesy znajomych, medale ze startów czy kolejne osobiste rekordy. To całkiem naturalne. Chętniej dzielimy się swoimi sukcesami niż porażkami. Moje ostatnie 18 km miałem zrobić w sobotę. Zrobiłem w niedzielę. Dlaczego? Powód był prosty: w sobotę po 4 kilometrze zaczęło mnie tak kłuć w klatce piersiowej, że nie byłem w stanie dalej biec. Powstrzymując silny odruch wymiotny wracałem komunikacją miejską z treningu. Cały wieczór siedziałem i zastanawiałem się, kiedy ten ból przejdzie. W efekcie sobotni trening zrobiłem w niedzielę. Tym razem poszło już bez problemu.
Koleżanka (również biegająca) powiedziała mi ostatnio, że medale zdobywa się zimą, latem jedynie się je odbiera. Przypomniałem sobie o tym, kiedy w połowie treningu miałem już serdecznie dość. Czułem, że dalej już nie dam rady. Kończę ten kilometr i zbiegam do domu. Dość, nie mam już siły…
To nie są jednostkowe sytuacje. Przynajmniej raz w tygodniu mam ochotę — w trakcie treningu — przerwać, wrócić do domu, rzucić w kąt buty i obejrzeć film, leżąc pod kocykiem na kanapie. Wszystko siedzi w głowie… Tylko ból mięśni po takim treningu siedzi w nogach, plecach, brzuchu… Wszędzie siedzi, tylko nie w głowie.
Euforia biegacza? Tak, zdarza się. Po długim biegu na zawodach, kiedy robisz dobry czas — niekiedy się zdarza. Za to ból i walka z samym sobą o to, żeby nie przerwać, dobiec trening do końca, jest normą. Uśmiech i medale czasem się zdarzają. Za to treningi w deszczu, śniegu, z wiatrem i pod wiatr są normą.
Bieganie to przede wszystkim ból i walka z własnymi ograniczeniami i słabościami. Jeszcze kilka miesięcy temu myślałem, że z czasem będzie lepiej. Już wiem, że nie będzie. Im więcej jest w stanie znieść organizm, tym trudniejsze robimy treningi. To szaleństwo nie ma końca!
Musi boleć na treningu, żeby nie bolało na zawodach.
