
Kiedyś, gdy byłam młodsza, biegałam, bo pani od wuefu mi kazała. Jeździłam nawet na zawody, szkoda tylko, że bez przygotowania. Dawałam z siebie wszystko. Nigdy nie byłam pierwsza, ale też nie ostatnia, mieściłam się w pierwszej połowie. Jednak tylko ja wiem, ile mnie to kosztowało wysiłku i bólu. Taka była cena, żeby zachować twarz i nie wylądować na końcu. Od tamtej pory bieganie kojarzyło mi się tylko z niewiarygodnym zmęczeniem i ostrym kłuciem w klatce piersiowej, wiec zaczęłam głośno i wyraźnie zaznaczać, że biegania nie cierpię, bo to aktywność pozbawiona sensu.
REKLAMA
Tak było do czasu… Do czasu, gdy zobaczyłam, że mój znajomy schudł i powiedział mi, że to od biegania. Słuchałam o tym niewiarygodnym sposobie i coraz ciszej mówiłam, że bieganie nie ma sensu. Aż w końcu poprosiłam, żeby mi przesłał plan biegowy, z którego korzysta. Dzięki niemu miałam przebiec 30 minut bez przerwy. No i schudnąć. Lato się zbliżało, więc wszystko sprzyjało rozpoczęciu treningów. Plan na najbliższy miesiąc podporządkowałam bieganiu. Zaczęłam. Jeden dzień, drugi dzień, tydzień. Zmuszałam się do założenia dresu i odhaczałam z ulgą kolejne punkty. Czułam satysfakcję, ale bez przyjemności. Nie lubię rezygnować z celów tylko dlatego, że mi się czegoś nie chce, więc systematycznie ćwiczyłam dalej. Świadomość zrealizowania trudnego planu wywoływała uczucie pt. „mogę wszystko”. Im dłużej biegałam, tym mniej się zmuszałam, aż któregoś dnia zdałam sobie sprawę, że czekam na dzień treningowy, że bieganie koi stres, oczyszcza z niepotrzebnych emocji i dostarcza pierwotnej radości.
Zrealizowałam plan, a potem przyszła zima i życie. W wolnym tłumaczeniu oznacza to, że przestałam biegać. Ale nigdy nie przestałam o bieganiu myśleć. Co jakiś czas wracało wspomnienie pozytywnego haju wolności. Pragnęłam je ponownie poczuć, ale trudno było zacząć kolejny raz. Niezamierzenie zaczęłam tworzyć w głowie biegowe wizualizacje. Widziałam siebie biegnącą, wyobrażałam sobie zmęczenie. Tak to zadziałało, że pewnego dnia wróciłam z pracy, przebrałam się i poszłam biegać. Po prostu. Padał śnieg i w niczym mi nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, pięknie wyglądał w świetle ulicznych latarni. Mogłam podziwiać ten widok z oczyszczonym przez bieganie umysłem. Wiem, brzmi dziwie, ale przysięgam, że nic wtedy nie piłam i nie brałam.
Coraz częściej myślałam o tym, żeby biegać bardziej. Mocniej, szybciej, lepiej. Tak, by czuć więcej. Nie wiedziałam tylko, jak się za to zabrać. Wtedy spadła mi z nieba propozycja wzięcia udziału w programie PZU „Biegaj na zdrowie”. Okazało się, że będę miała możliwość przygotowania się do maratonu pod okiem specjalistów, którzy będą dbali, bym nie zrobiła sobie krzywdy. Zupełnie niefrasobliwie zgodziłam się od razu, bo miałam pewność, że nie ma przypadków, że przyciągnęłam tę szansę i będę mogła urzeczywistnić myśl, która dopiero zaczęła kiełkować.
Jeszcze dwa miesiące temu przebiegnięcie maratonu wydawało mi czymś tak dalekim, jak droga na Księżyc. A dziś łapię się na tym, że przestaję czytać trzymaną w rękach książkę i wyobrażam sobie, że biegnę, czuję ból, choć zdaję sobie sprawę, że to nawet nie jest ułamek tego, co będzie. W mojej głowie to wszystko jest tak wiarygodne, że słyszę myśli zwątpienia na trzydziestym drugim kilometrze. Ale wiem, że dam radę, jeśli mój organizm da radę. Psychiką zajmę się sama. Nakarmię ją biegowymi emocjami. Bo to właśnie emocje kolorują życie i sprawiają, że chce się wstawać rano. Te uczucia, które pojawiają się po pokonaniu siebie i swoich słabości sprawiają, że unoszę się nad ziemią. Liczę, że kolekcja takich momentów będzie więcej warta niż wszystkie pieniądze świata. Bo będzie we mnie zawsze, kryzys finansowy mi jej nie odbierze. Będzie fundamentem, na którym zbuduję kolejne cele.
Przesuwanie granic to niekończąca się życiowa przygoda. Przebiegnę ten maraton, by przekroczyć własne granice.
