
Pamiętam kiedy na jednym z pierwszy spotkań trener Grzegorz Zwierzchoń powiedział, że po mniej więcej dwóch miesiącach przychodzi kryzys i moment zwątpienia w treningi i własne możliwości. Wtedy uśmiechnęłam się pod nosem i zupełnie zbagatelizowałam jego słowa. Pomyślałam dosłownie "Co on gada?! Taka fajna okazja, treningi, lepsza figura i sam fakt przygotowań do maratonu. Jak tu można się załamać?!". Okazało, że można. I to dokładnie po dwóch miesiącach.
REKLAMA
Tak to wyglądało przed kilkoma tygodniami. Masa zapału, motywacji i chęci. Słowa trenera o tym, że możemy je stracić? Nie ma mowy. "Przecież to mnie nie dotyczy, dam radę" - myślałam ja i pewnie wielu innych uczestników. Zapowiedzi o kryzysie po dwóch miesiącach zbyłam śmiechem, włożyłam między bajki i zapomniałam.
Do czasu. Okazało się, a właściwie teraz się okazuje, że trener Grzegorz Zwierzchoń miał rację. Swoją reakcją wywołałam wilka z lasu, a moje lekceważące myśli się na mnie zemściły.
A wszystko przez mój brak konsekwencji, który urósł do gigantycznych rozmiarów. Pamiętam ten moment, to było w poniedziałek trzy tygodnie temu. Wtedy pierwszy raz zaświtało mi w głowie, że może tego dnia daruję sobie trening. Przecież nic się nie stanie, prawda?
No i darowałam. Pojechałam do domu po pracy, odpoczęłam, do wszystkiego doszło kilka niezdrowych przekąsek. Taki Dzień Dziecka tylko nieco wcześniej. Ostatecznie nie tylko nie było treningu, ale zaczęłam marnować to, co udało mi się wypracować do tej pory. To był dopiero początek.
Teraz wiem, że nie mogłam zrobić nic głupszego. Zaledwie dzień później, we wtorek, wpadłam na genialny pomysł. Czemu nie zrobić tego samego, co w poniedziałek. Zanim się zorientowałam kolejny dzień z rzędu siedziałam w domu.
Łatwo domyślić się, jak było dalej. Ominęłam cztery kolejne treningi. Cztery!!! Do tej pory mi się to nie zdarzało. Nie potrafię opisać, jak bardzo byłam zła, gdy poszłam na pierwszy trening po tej przerwie. Czułam, że muszę zaczynać wszystko od początku, że cały wysiłek, który wkładałam w przygotowania poszedł na marne.
Mam wrażenie, że moje mięśnie i kondycja, zamiast rosnąć, są jeszcze słabsze niż na starcie projektu. To był gwóźdź do trumny, bo za każdym razem jak miałam iść pobiegać bałam się momentu, że po 10 minutach wysiądę. Zwłaszcza, że jak biegam z Sylwią lub Krzyśkiem to muszę ich gonić. Ich jeden krok, to moje dwa, a przecież to nie moja wina, że jestem mniejsza! :-)
Teraz już wiem, że ponoszę konsekwencję swojej wcześniejszej niekonsekwencji. Na szczęście czuję też, że forma powraca. I niedługo znów będę mogła napisac (tak jak pisałam ostatnio), że jest siła, jest moc!
Dziś pójdę pobiegać choćby nie wiem co! Wiem, że się uda. Ufam trenerowi, a nie od dziś wiadomo, że ciężka praca się opłaca. Byle tylko się zmotywować. I nie odpuszczać już treningów.
Ania
