Miniony miesiąc treningów był dla mnie próbą charakteru. Niestety zachorowałam i trzeba było brać antybiotyk, który osłabił mój organizm. Choroba plus upały spowodowały, że musiałam ograniczyć swoje treningi, a wręcz z nich zrezygnować. Ćwiczyłam tylko czasami w domu, żeby nie mieć poczucia, że zupełnie nic nie robię.

REKLAMA
Wiadomość od trenera, że muszę odpuścić sobie tydzień treningów nie była dla mnie zbyt wesoła. Jak wejdę w konkretny rytm, to przez jego złamanie czuję się niespełniona. Czegoś mi brakuje. Kusiło mnie – i to wielokrotnie – żeby wyjść i przebiec kawałek, ale czując, jak mój organizm reaguje po kilku ruchach w domu z odkurzaczem, stwierdziłam, że chyba lepiej te kilka razy odpuścić ;-)
logo
Pierwszy dzień po chorobie na rowerze
Kiedy poczułam się na tyle dobrze, żeby przebiec wyznaczony odcinek trasy, pogoda odbierała mi chęci do działania. Na dworze zrobiło się na maksa zimno i zaczęłam się obawiać, że za chwile znowu wrócę do choroby. Co byłoby dla mnie już totalnym koszmarem.
Pojawił się więc pierwszy kryzys. Walczyłam ze sobą i swoją silną wolą. Nie było łatwo, ale myśl, że za miesiąc muszę przebiec 5 km i że gdzieś tam na mecie czeka na mnie satysfakcja z osiągniętego celu, pchała mnie do przodu.
Poza tym wiem, że nie mogę zawieść wszystkich, którzy mnie dopingują. Bardzo się cieszę, że przytrafiła mi się ta przygoda z maratonem, bo jak się okazuje, trening kształtuje nie tylko ciało, ale także charakter. Zabieram się więc ostro do nadrobienia "wakacyjnych" zaległości, by stawić się na starcie we wrześniu w formie najlepszej z możliwych.
Mam nadzieję, że już żadna choroba się do mnie nie przyczepi, bo nie ma na to czasu :)