Michał Rzeźnik z drużyną i trenerem przed "Biegiem na piątkę"
Michał Rzeźnik z drużyną i trenerem przed "Biegiem na piątkę" fot: Teodor Klepczyński

REKLAMA
W niedzielę (28 września) rano wystartowałem w swoim pierwszym biegu w życiu. Było super.
Nie było łatwo, ale było super. Przed biegiem spotkaliśmy się w szatni z innymi członkami PZU Sport Team. Wśród nich z Yaredem Shegumo. Wicemistrzem z Zurychu i zwycięzcą z piątki, w której ja byłem tysiąc czterysta siedemdziesiąty szósty.
Te pół roku treningu oceniam pozytywnie. Pomimo tego, że pod koniec sierpnia zaczął się u mnie potworny kryzys motywacji, który mieszał się z nawrotem bólu pleców (od 10 lat mam lekkie kłopoty z dyskopatią odcinka lędźwiowego) i lekkim przeziębieniem. Ciężko było mi się zebrać i miałem wiele myśli, krążących wokół tego, że coraz bardziej odstaję od grupy. Te myśli spowodowały to, że postanowiłem zbudować sobie motywację postępując niezgodnie z rozpisanym przez trenera planem treningowym. Zamiast lekkiego treningu przed startem koniecznie musiałem udowodnić sobie, że potrafię przebiec 5 km. I przebiegłem trzykrotnie. Na dwa dni przed biegiem pomimo zaleconego odpoczynku, postanowiłem przebiec trójkę w tempie dotychczas dla mnie bardzo trudnym do utrzymania czyli poniżej 5 min/km. Udało się i nie czułem się ani jakoś specjalnie zmęczony ani obolały.
logo
Drużyna naTemat przed biegiem
Zadowolony wróciłem do domu pewien, że jestem przygotowany na niedzielny bieg. W sobotę wchodząc po schodach poczułem lekki ból w łydce, który się wzmagał z każdym kolejnym krokiem. Na serio przestraszyłem się, że ten mój debiut biegowy pójdzie na marne tylko dlatego, że po raz kolejny postanowiłem wiedzieć lepiej niż mój trener. Bieganie, szczególnie na początku uczy pokory. Każdy popełniany błąd, a błędami są przede wszystkim odstępstwa od zaleceń i planów treningowych prowadzi nieuchronnie do bolesnej lekcji pokory. I mnie to spotkało na dzień przed biegiem. Z nadzieją, że może mi przejdzie poszedłem spać i rano pojechałem na Stadion Narodowy. Szybka konsultacja z Anią – fizjoterapeutką i kolejna reprymenda, że nie pokazałem się przed biegiem. Fakt. Nie miałem po prostu kiedy. Kolejna lekcja pokory. W bieganiu ważne jest też planowanie czasu. A konsultacja fizjoterapeuty jest równie ważna co trening. Na 20 minut przed biegiem oczywiście nie wiele można było zrobić. Tak więc biegłem z lekkim bólem łydki.
Bieg na piątkę był inny, niż wszystkie moje dotychczasowe biegi. Po pierwsze był rano. Ja zawsze biegam wieczorem, na ogół po ciemku. Najwcześniej o 18tej na wspólnych treningach. Po drugie było mnóstwo ludzi i siłą rzeczy zaczynaliśmy w tempie tłumu, które niekoniecznie było „moim tempem”. I po trzecie biegłem z boląca nogą. Bardzo martwiłem się czy dobiegnę. Przez tą nogę dwukrotnie zatrzymałem się na jakieś 30 sekund (przeszedłem do marszu) – to pogorszyło mój czas – ale w marszu bolała tak samo – także zdecydowałem się dalej biec. Po drodze okazało się, że nie potrafię w biegu napić się z kubka, który dostałem od wolontariusza i że nie sposób w biegu obrać szybko banana. Bezbłędnie natomiast wykonałem rzut skórką od banana do miejskiego kosza na śmieci ;-)
logo
Michał na mecie "Biegu na piątkę" fot: Teodor Klepczyński

Wbiegnięcie na stadion jest przeżyciem niebywałym. Chłód tunelu i światło na jego końcu robi kolosalne wrażenie. Potem usłyszałem tumult dopingu kibiców, krzyk Agaty z PZU – koordynatorki projektu, która dopingowała z całych sił. Nie zauważyłem mojej żony i córki niestety. One mnie na szczęście tak i wpadłem na metę. Za chwilę dostałem medal, potem izotonik, butelkę wody, jabłko i zupę. Byłem oszołomiony ale szczęśliwy.
Bieg kosztował mnie dużo. Byłem zmęczony, jak nigdy przedtem. Przespałem całe popołudnie w niedzielę i całą noc. Biegłem tą piątkę kilkakrotnie na treningach, biegałem też dłuższe dystanse i nigdy nie byłem tak zmęczony. Może to te emocje? Może ta szalona trójka, którą postanowiłem pobiec w piątek? Nie dowiem się tego już. Ta piątka była mi potrzebna. Bardzo potrzebna. Definitywnie zakończyła mój kryzys motywacji i definitywnie dała mi wiarę, czy raczej przekonanie, że półmaraton w marcu jest realny. Była też dla mnie lekcją pokory, kolejną. Należy słuchać się mądrzejszych! Czy ja się tego w końcu nauczę???