
Ludzie się zakochują, spotykają, czasem wiążą na cale życie. Mają wzloty i upadki. Bywa, że tych upadków jest coraz więcej i więcej i razem zaczyna być już nie po drodze. A wtedy podejmują dojrzałą i świadomą decyzję: „czas się rozstać!”. Ale mimo to, zostają przyjaciółmi. Tak bywa nie tylko w związkach, nie tylko między ludźmi. Tak właśnie jest ze mną i #biegajnazdrowie.
REKLAMA
Pół roku temu, kiedy ten związek się rozpoczynał, miałam w sobie szalony entuzjazm. „Wreszcie zrobię coś dla siebie” - myślałam. Mam szansę zostać biegaczką. Pobiec w maratonie. Mam szansę zrobić coś odważnego, szalonego, może pokonać swoje ograniczenia? Myślałam o wszystkich szansach, które miałam przed sobą. O tym, że wreszcie zacznę regularnie uprawiać sport (a zawsze chciałam), że wyładuję z siebie trochę stresu, że poprawię zdrowie i kondycję... Nie mówiąc już o babskim aspekcie, czyli świetnej sylwetce.
Tak, nasza przyszłość rysowała się w jasnych barwach.
Tak, nasza przyszłość rysowała się w jasnych barwach.
Z czasem przyszły pierwsze kryzysy. I niestety – z mojej winy, przyznaję. Choć trener uprzedzał, że po dwóch miesiącach nadejdzie pierwsze załamanie. Że minie entuzjazm i zostanie ciężka praca i walka z samym sobą na 100%. Ten etap przetrwałam. Ale zaczęły pojawiać się te wspomniane „upadki”. Najpierw rzadko, potem coraz częściej. Odpuszczony trening, drobne odstępstwo od planu, potem kolejne....
Paradoksalnie, nie sprzyja mi zawodowy rozwój. On oznacza więcej obowiązków i mniej czasu. Zaszły też spore zmiany w moim prywatnym życiu. Moja sytuacja się zmieniła, i to znacząco. Co to oznacza? Nie nie mogę dać z siebie 100 proc. zaangażowania, tak jak bym chciała. Często nie jestem Panią swojego czasu, więc trudno o regularne, żelazne trzymanie się planu. A skoro nie mogę zrealizować planu do końca, to nie dam rady pobiec w 42-kilometrowym maratonie.
W tej, obecnej chwili to zbyt duże wyzwanie, a ja mam zbyt mało czasu by je zrealizować.
W tej, obecnej chwili to zbyt duże wyzwanie, a ja mam zbyt mało czasu by je zrealizować.
Ale nie żegnam się. Nie wieszam butów na kołku. One zajęły stałe miejsce w moim mieszkaniu. Wskakuję w buty do biegania, ilekroć potrzebuję się odstresować, zadbać o siebie, ilekroć znajdę tę chwilę wolnego czasu. I biegnę, choć moim celem już nie jest maraton. Biegnę dla siebie.
Ten związek się kończy. Mój etap randkowania z PZU #biegajnazdrowie trwał pół roku i to jest właśnie moment, w którym mówię "zostańmy przyjaciółmi!". I to wcale nie banał!
Zostaje przyjaźń - przypieczętowana wspólnym wysiłkiem – z ludźmi, których chcę podziękować. Mojej drużynie, za wspólny pot, krew i łzy. Całemu sztabowi, za opiekę i cierpliwość. PZU – za szansę. I naszemu trenerowi: za wszystko.
Tak łatwo się ode mnie nie uwolnicie, bo dalej będę sprawować wirtualną opiekę nad drużyną :) Teraz nawet troskliwszą, niż przedtem. I wierzcie mi: jestem Waszą największą fanką!
Zostaje przyjaźń - przypieczętowana wspólnym wysiłkiem – z ludźmi, których chcę podziękować. Mojej drużynie, za wspólny pot, krew i łzy. Całemu sztabowi, za opiekę i cierpliwość. PZU – za szansę. I naszemu trenerowi: za wszystko.
Tak łatwo się ode mnie nie uwolnicie, bo dalej będę sprawować wirtualną opiekę nad drużyną :) Teraz nawet troskliwszą, niż przedtem. I wierzcie mi: jestem Waszą największą fanką!
