Kolejny wpis o bieganiu... Tymczasem za bardzo nie ma o czym pisać. Staram się dogonić grupę, która coraz bardziej mi ucieka. Niestety, dałem plamę i przez ostatnie miesiące zaniedbałem treningi. Przyszedł czas, kiedy trzeba spojrzeć prawdzie w oczy i wziąć się do roboty.

REKLAMA
Trudno w zasadzie stwierdzić, kiedy i od czego to się zaczęło. Może na przełomie września i października? Mniej więcej wtedy. Wraz z przeprowadzką mój rytm życia nieco się zmienił i biegowe przyzwyczajenia również. Jakoś nie znajdowałem czasu i było mnóstwo innych rzeczy na głowie. Nie znaczy, że nie biegałem w ogóle. Ale biegałem zdecydowanie rzadziej.
Częściej za to zacząłem odwiedzać restauracje. Uległem też słodyczom, które nigdy wcześniej szczególnie mnie nie interesowały. Niemal zupełnie zapomniałem o diecie tłumacząc sobie, że potrzebuję energii do pracy, a przecież nie można się głodzić. I nie robiłem tego, dbałem o to, aby zawsze być najedzonym. Mimo to, niemal cały czas czułem się też zmęczony. Zbyt zmęczony, aby pobiegać choćby przez pół godziny.
Efekt był taki, że zdecydowanie szybciej niż śmiałem podejrzewać - obrosłem w tłuszcz. To, jak szybko zacząłem przybierać na wadze, zmniejszając liczbę treningów biegowych, a także innych ćwiczeń, które przez ostatnie pół roku wykonywałem, było przerażające. Najlepsze jest jednak, że odkryłem to w zasadzie dopiero wtedy, gdy zobaczyłem zdjęcia z wyjazdu służbowego na Filipiny. Mój brzuch był niemal taki, jak na początku tego roku.
Na szczęście Filipiny były miejscem, gdzie miałem czas aby wrócić do treningów. Mimo, że było strasznie gorąco, udało mi się wykonywać je systematycznie. Przestałem też tak dużo jeść, bo jedzenie na Filipinach było wyjątkowo niesmaczne. Bieganie, temperatura i małe posiłki sprawiły, że z powrotem zacząłem wracać do formy. Niestety, nie jest to takie łatwe.
Już pierwszy trening po powrocie do Polski pokazał, jak daleko jestem za grupą. Paweł Lipiec, Maja Sieńkowska czy Maciek Hassa biegają pod górkę na Agrykoli tak, że tylko kurz za nimi widać. Ja zaś po tym treningu przez pięć dni walczyłem z zakwasami. Niestety, na własne życzenie.
Odkąd wróciłem, biegam niemal tak często, jak robiłem to u szczytu tegorocznej formy. Może nie tak szybko i nie tak daleko jak wcześniej, ale jednak. Biorąc pod uwagę, że do półmaratonu zostało już mniej niż 90 dni, muszę wziąć się porządnie za robotę, choć aura nie zachęca. Szczerze mówiąc, mam nadzieję, że już niedługo przestanie padać deszcz i pojawi się śnieg. Może to pomoże mi się zmobilizować i szybciej nadrabiać zaległości.