
Byłem chyba jedyną osobą na świecie, która miała za blisko do pracy. Poprzednia redakcja naTemat mieściła się dziesięć minut spacerkiem od mojego mieszkania. I choć były tego oczywiste plusy, często myślałem o tym, jak fajnym zwyczajem byłyby biegowe powroty z pracy do domu. Teraz, gdy do redakcji mam blisko 9 km, cieszę się jak wariat.
REKLAMA
Półmaraton coraz bliżej, a liczba kilometrów, które mamy do przebiegnięcia w ciągu tygodnia jest już naprawdę duża. Aby znaleźć czas na pracę, bieganie, siłownię i jeszcze mieć chwilę na kulturę i "ogarnięcie życia" trzeba się coraz bardziej gimnastykować. Ogromną stratą czasu wydawały mi się zawsze dojazdy do pracy, bo trudno czytać książkę w zapchanym w godzinach szczytu tramwaju. To 50 minut w jedną stronę wyjęte z życia niemal każdego dnia.
Ostatnie badania pokazują, że coraz więcej osób korzysta z komunikacji miejskiej. To dobry i nowoczesny trend, bo wreszcie zaczęliśmy dostrzegać, że posiadanie samochodu, spalanie paliwa w korkach i szukanie miejsca parkingowego wcale nie jest luksusem. Jest nim za to wolność, jaką daje nam poruszanie się po mieście dobrze zorganizowaną komunikacją. Kolejnym krokiem jest przesiadka na rowery, a w moim przypadku... na adidasy.
Nie ma nic lepszego, niż odkrywanie kolejnych tras, miejsc i zakamarków Warszawy w czasie, który moglibyśmy spędzić przymykając oko w tramwaju lub autobusie. Biegowy powrót z pracy do domu sprawia, że natychmiast zapominam o całym dniu, przeszkodach i stresie. Problemem (i jednocześnie zaletą) może być jedynie plecak, do którego trzeba spakować zimową kurtkę i buty. Ale jeśli jesteśmy w stanie zaakceptować bieganie z obciążeniem, staje się to dodatkową zaletą zimowego treningu.
Pierwsze trasy, które wybierałem były "bezpieczne". Po linii prostej, aby zobaczyć jakie są odległości i w razie czego móc zawsze wsiąść do tramwaju. Niestety, przy dużych obciążeniach treningowych, jakie mamy przed półmaratonem, wszystko jest możliwe. To czas, kiedy jesteśmy szczególnie narażeni na kontuzje. Od pewnego czasu staram się jednak wykorzystać długość trasy i wybieram miejsca mniej oczywiste, a jak się okazuje, stworzone do biegania.
Kilka dni temu postanowiłem sprawdzić, jak zimą biega się po prawym brzegu Wisły. Od pewnego czasu są tam ścieżki dla biegaczy i rowerzystów, które są wymarzonym miejscem na aktywne spędzanie wolnego czasu. Prawy brzeg Wisły jest tym, czego inne miasta mogą Warszawie pozazdrościć. Prawdziwa frajda jest jednak wtedy, gdy ze ścieżki zejdziemy. Może nie osiągniemy najlepszych czasów w biegowej karierze, ale dostaniemy coś znacznie więcej - prawdziwe oderwanie od codzienności.
Jest niemal pusto. Od czasu do czasu można spotkać wędkarza, który też przyszedł szukać tu spokoju i samotności. W tym miejsc niemal całkowicie zapomina się, że znajdujemy się w sercu wielkiego, europejskiego miasta. Nieuregulowana, niezniszczona natura zachwyca i daje poczucie, że jest się znacznie dalej od miejskiego zgiełku. To kompletnie inne bieganie, niż to wokół Pola Mokotowskiego, a już na pewno ciekawsze od toru na Agrykoli.
Ludzie mówią mi, że nie mogliby biegać, bo to nudne. Owszem, bieganie może być nudne, jeśli pozwolimy aby takie było. Bez wątpienia nieciekawe jest bieganie na bieżni, czego do końca nie rozumiem. Dla mnie bieżnia to raczej jedynie rozgrzewka przed siłownią, bo bieganie w miejscu jest pozbawione jednego z najważniejszych dla mnie elementów, jakim jest kontakt ze światem.
Bieganie nie jest nudne, jeśli towarzyszy nam ulubiona muzyka. Nie jest nudne, jeśli wykorzystamy ten czas na przemyślenia i rozmowy z samym sobą. Bieganie nie jest nudne, gdy dzięki niemu poznajemy miasto w którym na co dzień żyjemy.
