Michał Rzeźnik

Jak co roku, pojechaliśmy stałą ekipą na narty. Trzy małżeństwa. Siódemka dzieci łącznie. W tym roku było jednak inaczej. Nie było J. – za chwilę ma egzamin specjalizacyjny, postanowił się uczyć. Rozumiem doskonale. Inaczej było również z innych powodów. J. nie było, W. miał skręcone kolano, O. nadwyrężyła kolano w czasie tego wyjazdu, U. ma w kolanie zerwane więzadło krzyżowe od lat.

REKLAMA
Mamy średnio po 35 lat i w zasadzie tylko ja i moja żona uchowaliśmy się bez typowo narciarskich urazów. J. - poza egzaminem specjalizacyjnym - ma też zerwane więzadło krzyżowe: wydarzyło się to w czasie wyjazdu narciarskiego parę lat temu. Jak to się stało, że ja się uchowałem bez kontuzji? Ano tak, że byłem po prostu fatalny fizycznie. Mięśnie nóg miałem tak słabe, że po prostu na nartach jeździłem mało. Jeden, dwa zjazdy i miałem dość. Każdy, kto choć raz w życiu zjechał na nartach kilkaset metrów w pozycji narciarskiej, wie jak napięte są uda, łydki, tyłek. W zasadzie wszystko. Wie jak męczący jest to sport. Jest wspaniały, ale męczący.
Zmieniło się jednak wiele. Po pierwsze, zmieniło się to, że zmęczenie nie męczy (masło maślane) tylko daje frajdę. Po drugie, moje nogi dzisiaj i moje nogi dziesięć miesięcy temu to kompletnie inna para nóg. Dzisiaj mogę na stoku spędzać wiele godzin. Nadal jest to męczące, ale wjazd wyciągiem na górę (jakieś 5, może 7 minut) wystarcza, żeby się zregenerować. Moje nogi są na tyle silne, że mogłem z wielką przyjemnością puścić się w dół stoku rytmicznie zmieniając krawędź i nie bałem się tego, co mi się zdarzało wcześniej – czyli uczucia parzącego gorąca w udach i rozluźnienia mięśnia, co kończyło się zawsze upadkiem i wściekłością. W tym roku tego nie było.
A propos upadków. Mam te same narty i te same buty od 2007 roku - odkąd tylko jeżdżę na nartach. W tym roku miałem jeden upadek, który mógł okazać się poważny. Na szczęście skończyło się na tym, że pod kaskiem i kurtką miałem centymetrową warstwę śniegu - bo zjechałem jak długi po stoku z 30 metrów ;-) Poczułem się pewnie, pojechałem szybciej niż powinienem, mając te umiejętności, te narty, buty z takim flexem, które mam - a które nie były adekwatne do tego, jak pojechałem. No po prostu poniosło mnie. Tak bywa. Narty są tak wspaniałe, zjazd na nich daje tak dużo wspaniałych odczuć, że czasami człowieka poniesie.
No i przewróciłem się w czasie zjazdu z ogromną prędkością. Najgorsze było to, że nie wypięły mi się narty. Nóg mi nie połamało, na szczęście, ale powinny się do diabła wypiąć. Pobiegłem z nimi do serwisu. Okazało się, że moje wiązania są ok. Działają dobrze. Wypinają but przy osiągnięciu ustawionej wcześniej siły wypięcia. Ale poza siłą nóg, zmieniła się jeszcze jedna rzecz. Rok temu ważyłem 106 kg i tak miałem ustawione wiązania na nartach. Teraz ważę 91 kg. Nic dziwnego, że się nie wypięły ;-) Do głowy mi nie przyszło, że powinienem przeregulować wiązania, choć robię to przecież z nartami dzieci (rosną).