Pierwszy trening już za mną :)
Pierwszy trening już za mną :)

"O rany, teraz to wszyscy biegają...". "Gdzie nie spojrzysz, tam lecą... To strasznie głupie i nudne...". Różne rzeczy zdarzyło mi się słyszeć od niebiegających, zwłaszcza w ostatnim czasie. Owszem – biegają. Może jeszcze nie wszyscy, ale coraz więcej osób. Hipsterzy powiedzą, że żaden szanujący się człowiek nie dołączy do tego rozentuzjazmowanego tłumu. Cóż, chyba jestem mało asertywny. Poddałem się dyktaturze większości i uległem tej "beznadziejnej" modzie - właśnie zaczynam przygotowania do maratonu. Dlaczego?

REKLAMA
Minęło już kilka dni, a ja nadal nie mogę wyjść z "podziwu", po przeczytaniu subtelnego tekstu pewnego redaktora z "Rz". Otóż publicysta ten postanowił przelać na papier swoją niechęć do biegania, a tym samym pokazał środkowy palec setkom tysięcy Polaków, którzy dzień w dzień wychodzą na dwór (lub pole), aby zadbać o swoje zdrowie. Powód? Bo redaktor Dominik Zdort woli jeździć rowerem.
''"Nie chciałbym tu nikogo urazić, ale bieganie zawsze uważałem za rozrywkę dla ludzi o, powiedzmy, niezbyt subtelnej umysłowości.(...) Znam ludzi, którzy nie mają czasu, aby raz w tygodniu spędzić w kościele trzy kwadranse, za to wstają codziennie przed świtem, aby pobiegać sobie przez dwie godziny. (…) W ostatnich latach bieganie zostało wyniesione do poziomu religii. To już raczej ‚biegactwo’, którego uprawianie nie jest sportem, ale wyznaniem wiary''
Muszę przyznać, że zabrakło mi wiary, ale nie przez brak ruchu, tylko po przeczytaniu wpisu, który wzburzył cały świat biegaczy. Jego autor zresztą nazwałby ten świat sektą, gdyż jego zdaniem, biegactwo zostało wyniesione do poziomu religii. Zabrakło mi wiary w umiejętność dostrzeżenia przez Polaków tego, co zmienia się na lepsze w naszym kraju. Ale żeby to dostrzec, trzeba posiadać chęć pracy nad sobą i zmiany swojego stylu życia.
Jak wygląda mój dzień? Pobudka o 4.15 lub o 7.00, blisko godzinny przegląd prasy i 15-minutowy marsz do redakcji. Po porannym kolegium o godzinie 9.00 zaczynam swoje codzienne, mniej lub bardziej pasjonujące zadania. Przeglądam internet, dzwonię i wreszcie piszę. Blisko 9 godzin dziennie spędzam na naciskaniu guzików na klawiaturze, a moje poważniejsze ruchy ograniczają się do wędrówek w kierunku kuchni po kolejny, nie zawsze zdrowy posiłek. Ilość ruchu? Bliska zeru.
Gro moich znajomych, czyli ludzi w okolicach trzydziestki, ma to samo. Osławiony wyścig szczurów przypomina raczej "wojnę stojącą", którą opisywał Remarque, niż desant na Normandię. Większość swojej energii uwalniamy w redakcjach, biurach i gabinetach, nie pozostawiając miejsca na nic więcej. Tymczasem ja mam ochotę odrobinę się pościgać. Jeśli nie z kimś, to z samym sobą.
Czasem mam wrażenie, że odrobinę "zdziadziałem", choć nie lubię tego określenia. Po powrocie do domu zdarza mi się uskutecznić drzemkę, która potrafi przerodzić się w sposób na wieczór. Czy tak ma wyglądać życie 28-latka? Nie godzę się na to, choć wiele osób powtarza mi, że to sposób nie tylko na spędzanie wieczorów, ale i (o zgrozo) na całe weekendy...
Jednak do tej większości nie mam zamiaru się dostosowywać. Wolę spojrzeć na tych, którzy pierwsze co robią po powrocie do domu, to zmiana butów na sportowe. Chcę dostrzegać tych, którzy chcą mieć kontakt z prawdziwym życiem i światem, a ten naprawdę nie jest zamknięty za szybą korporacyjnego (często nieotwierającego się) okna. Jeśli bowiem chcemy żyć w miarę normalnie, powinniśmy przełączyć się na tryb offline i wyjść do ludzi. Tych prawdziwych, a nie tych z Fejsa.
A ich właśnie lubię oglądać biegając choćby po Polu Mokotowskim, Łazienkach, czy nawet przebiegając przez Plac Zbawiciela. Lubię mijać innych biegaczy, którzy pozdrawiają się wzajemnie, jakby byli znajomymi. Dlaczego to robią? Moim zdaniem dlatego, że łączy ich specyficzne podejście do życia i otaczającego nas świata. To podejście, które nie pozwala na mówienie, że przez biegaczy kilka razy w roku są zamykane ulice, że "bieganie niszczy zdrowie", ani że jego zwolennicy to sekta lub banda oszołomów, która uległa durnej modzie.
Nie, nie chcę przekonywać, że bieganie to panaceum na wszystko oraz że to najlepszy z możliwych sportów. Przeciwnie. Tak naprawdę nie jest ważne, jaki kto sport uprawia. Rower, popularny od kilku lat squash, czy właśnie bieganie. Każdy ma prawo wybrać to, co jemu odpowiada, a przy tym nie obrażać się na inne dyscypliny, bo akurat to czy tamto nam nie pasuje.
Każdy ma również prawo mówić, że rowerzyści stwarzają niebezpieczeństwo na drogach, amatorzy squasha to snoby (o grze w golfa nie wspomnę), a że biegacze haniebnie uprawiają "biegactwo". Każdy ma prawo siedzieć w domu lub w knajpie i pełnym kpiny spojrzeniem oceniać tych, którzy myślą inaczej. Moim zdaniem jednak, na naszych oczach odbywa się w Polsce wielka rewolucja. A jak napisał Pierre-Joseph Proudhon , "Rewolucja jest siłą, nad którą żadna inna potęga, boska ani ludzka, nie może osiągnąć przewagi".
Niech zatem ci, którzy nie widzą sensu w bieganiu, dalej patrzą na świat przez pryzmat swoich zasiedziałych ideałów. Ja zaś zamierzam stać się częścią społeczności, która wyzwala energię nie tylko do pokonania maratonu, co zamierzam uczynić w przyszłym roku, ale również do tego, by mieszkańcy naszego kraju byli zdrowsi i umieli znajdować pozytywne strony życia, które są na wyciągnięcie ręki, a nawet nogi.