Ewa podczas biegu RUNbertów
Ewa podczas biegu RUNbertów

REKLAMA
Nagroda to czy kara ?
Osiem tygodni treningów minęło jak przerwa śniadaniowa. Na odprawie trener podsumował nasze osiągnięcia i niedociągnięcia. Na koniec okazało się, że za tydzień część z nas biegnie swoje pierwsze pięć kilometrów. W ramach nagrody. Nie mylić z karą. Teoretycznie można było pomylić ponieważ na przeorganizowanie życia rodzinnego i przygotowanie się do startu mieliśmy raptem tydzień. Zdecydowałam się na nagrodę. Nastawiłam się na sukces i wspólne świętowanie. Dokupiłam start w imprezie dla męża i chłopaków. Miałam cały tydzień, żeby się przygotować.
logo
Przygotowania.
Start mobilizuje człowieka do trzymania diety. Wiadomo, że każde dodatkowe pięćset gram trzeba będzie zabrać ze sobą i ciągnąć przez całe pięć kilometrów. Masakra. Dziękuję, nie jestem głodna.
Start mobilizuje do wysiłku. Oczywiście nie wytrzymałam i w ramach niedzielnego marszu pobiegłam próbną piątkę. Czas 33 minuty i świadomość, że miałam jeszcze trochę siły dodaje odwagi przed startem.
Start mobilizuje kobietę do treningu. Nawet gdy ciało protestuje i chciałoby się to ciało zawinąć w ciepły kocyk – tykający zegar mobilizuje do wysiłku. Deszcz czy błoto z wielką ochotą robię kolejne skipy, bo po nich biega się lżej.
Start mobilizuje mojego męża, który z powrotem biega swoją dyszkę. Wymyśliliśmy wreszcie jak możemy biegać wspólnie, żeby trzymać się moich wytycznych a jego zmęczyć. Powstała nowa definicja marszobiegu. Biegniemy razem. Gdy przechodzę do marszu – on dalej biega. W ten sposób nazwa tego ćwiczenia staje się jeszcze bardziej adekwatna.
Biegając z czołgami.
Runbertów, jak sama nazwa wskazuje, odbywa się w Rembertowie. Tereny Akademii Obrony Narodowej są nam znane z zawodów judo, na które jeździmy z chłopcami. Bieg dzieci na 400 metrów odbywa się na zamkniętym terenie AON. Trasa biegu głównego prowadzi ulicami Rembertowa.
Pogoda jest piękna, słoneczna. W niedzielę zjadamy porządne śniadanie, wypijamy morze wody i jedziemy. Jesteśmy na tyle wcześnie, że robimy sobie krótką sesję zdjęciową z czołgami. Grześ z zacięciem pstryka wozy wojskowe. Dziwi się, że większość z nich jest sprawna i przywozi na imprezę zaangażowanych w organizację biegu żołnierzy. Przypominamy sobie o imprezie biegowej, na której biegaczy goni samochód. Wizja ucieczki przed czołgiem amfibią towarzyszy nam dłuższą chwilę. Kto wie, może taki czołg z tyłu pozytywnie wpływa na średnie tempo biegacza ?
logo
Bieg dzieci
Impreza rozpoczyna się biegiem dzieci na 400 metrów. Biegną przeważnie dzieci młodsze od moich chłopców. Najmniejsze maluszki za rękę z rodzicami. Te trochę starsze z przytulanką pod pachą. Wzruszający jest chłopiec, który przeszedł całą trasę o kulach. Dla moich chłopaków 400 metrów to już trochę za mało. Warto jednak wystartować aby poczuć klimat zawodów biegowych. Dobiegają w pierwszej dziesiątce w swoich kategoriach wiekowych. Na mecie dostają nieśmiertelniki, sok i ciastka. Oddaję chłopaków pod opiekę Agaty i czuję że motylki w brzuchu zaczynają swój ulubiony taniec.
Bieg główny
Trener mówił, żebym biegła spokojnie, interwałami – tak jak na treningu. Chłopaki mówią, że nie ma opcji – przecież to tylko 5 kilometrów, damy radę. Mój osobisty cel to 30 minut. Czyli po sześć minut na kilometr. Dam radę.
Przy ustawianiu się do startu organizatorzy proszą, żeby zachować kolejność odpowiednią do swoich możliwości. No dobra, to gdzie jest koniec ? Ustawiam się grzecznie za plecami tych, którzy wyglądają jakby wiedzieli co ich czeka.
Startujemy. Na początku spokojnie, zgodnie z planem w tempie około 6 minut. Wbrew zaleceniom trenera nie robię przerw na marsz. Oczywiście jest to poważny błąd. Kryzys dopada mnie po trzecim kilometrze. Uświadamiam sobie, że bieganie w 30-sto stopniowym upale to nie to samo co bieganie po lesie w cieniu drzew. Jestem oślepiona słońcem – bo nigdy nie zabieram okularów na trening w lesie. Jestem przegrzana – bo nigdy nie mam nic na głowie w lesie. Gardło mam wyschnięte na wiór, ale nie mam bidonu. W lesie pragnienie nie dokucza aż tak bardzo jak na rozgrzanym słońcem asfalcie.
logo
Na szczęście na czwartym kilometrze jest kurtyna wodna. Ten widok dodaje sił. Dodatkowo jakaś dobra kobieta razem ze swoimi dziećmi rozdaje biegnącym kubki wody. Powoli przechodzę przez kurtynę wody. Jeden kubek wylewam na siebie a drugi wypijam. Mogę biec dalej.
Czas stracony na odpoczynek i wypicie wody trzeba będzie nadrobić. Przyśpieszam na ostatnie 500 metrów – za wcześnie. Z przodu widzę Pawła w żółtej koszulce. Tłumaczę sobie, że to ostatnie minuty i naprawdę nie ma znaczenia, jak bardzo nie mogę oddychać. Wypatruję żółtej koszulki - Paweł skręca. Czyli już zaraz meta – przy skręcie zegar pokazuje 29:56. To dodaje sił – wydłużam krok. Biegnę tam, gdzie machają moje dzieci. Po drodze uśmiecha się i robi zdjęcia Agata. Na mecie cieszy się ze mną Ania, trenerka. Pragnienie takie, że nie mogę mówić. Radość jeszcze większa
Lekcja.
Czego nauczył mnie ten pierwszy start ?
1. Bieganie cała rodziną jest super.
2. Bieganie całą rodziną i drużyną jest podwójnie super.
3. Następnym razem biegnę w czapce, w okularach przeciwsłonecznych, z bidonem.
4. Maraton będzie osiem razy (i trochę) trudniejszy. Ale tym będę martwić się za rok.