4 czerwca 2014 był dokładnie 60. dniem „nowej” Weroniki. Zaczynając przygodę z programem „Biegaj na zdrowie” słyszałam tylko jedno: bieganie to bułka z masłem. Zakładasz buty i GO! Dasz radę! Jesteś ambitna!
REKLAMA
Właśnie tyle dni minęło od powołania i pierwszego, „roboczego” spotkania grupy biegowej, do którego doprowadziły mnie trzy elementy (szczegóły w artykule „Mój cel w trzech odsłonach…”).
Ciekawe, że ponad 70% tych „mądrali” to ludzie, którzy nigdy nie byli aktywni sportowo. Ich ruch ogranicza się do dwóch, może czterech kroków do autobusu, otwarcia garażu (za pomocą pilota) czy też codziennego żonglowania koszulami. Tę ostatnią czynność można nazwać sportem, gdyż jest wykonywana regularnie. :-)
To mnie jednak nie zniechęciło i pomyślałam: pewnie, że sobie poradzę. Nie takie rzeczy w życiu robiłam, przecież byłam mistrzynią biegów krótkich (to jeszcze w szkole ;-)), świetnie szydełkowałam, a gry planszowe są chyba tworzone głównie z myślą o mnie. :)
No dobrze – żarty na bok! Uwielbiam wyzwania, dlatego tu jestem! Pod opieką specjalistów, mając idealne warunki, by zmienić swój sposób na życie i, co ważniejsze, obniżyć poziom cholesterolu (dalej myślę, że ktoś podmienił moje fiolki z materiałem przekazanym do badania :-)).
Pierwsze i kolejne tygodnie programu to nowe wyzwania i wcale nie chodzi o zadania wpisywane przez trenera do mojego treningowego dzienniczka. Wyzwania te to głównie organizacja zajęć i obowiązków dnia codziennego oraz ich miks z zajęciami biegowymi.
Jeśli myślisz, że w tym miejscu pochwalę się (jako doświadczona bądź co bądź biegaczka :-)) receptą na ułożenie tego wszystkiego, to się MYLISZ!
Nie mam w tym temacie żadnych „super” doświadczeń, a tym bardziej złotych rad.
Bieganie, a więc mój nowy sposób na życie, to czas kompromisów.
Jeśli myślisz, że w tym miejscu pochwalę się (jako doświadczona bądź co bądź biegaczka :-)) receptą na ułożenie tego wszystkiego, to się MYLISZ!
Nie mam w tym temacie żadnych „super” doświadczeń, a tym bardziej złotych rad.
Bieganie, a więc mój nowy sposób na życie, to czas kompromisów.
Zacznijmy od kuchni (królestwa kobiet – w powszechnym rozumieniu czynności domowych, zapisanych pod hasłem „obowiązki”) i diety. W tym temacie muszę zacytować mojego znajomego, który wdrożenie w życie aktywności sportowych zaczął dokładnie pół roku przede mną, mając ponad trzydziestokilogramową nadwagę. Ten młody człowiek, zapytany o dietę, mawia: "...tak, obecnie jestem na trzech dietach, gdyż jedną się nie najadam!".
Ja mam inaczej. Odnoszę wrażenie, że odkąd wdrożyłam w życie zalecenia specjalisty od żywienia (w tym miejscu ogromne podziękowania dla Justyny – naszego dietetyka sportowego, która wyręczyła mnie w procesie szukania cudownych diet, środków farmakologicznych i innych ulepszaczy redukcji masy, przygotowując jadłospis) jem więcej niż wcześniej (a już na pewno częściej :)). Początek diety to koniec szybkiego zaspokajania głodu. Przygotowanie posiłku (a więc połączenie wymienionych na kartce produktów w odpowiedniej proporcji i wadze) zajmuje tyle, co oczekiwanie na danie w dobrej restauracji. To wszystko wymaga czasu... Obowiązki w kuchni ograniczyłam więc do gotowania dla dzieci i siebie, a moja druga połowa, w ramach solidarności i wsparcia, je to, co ja (przynajmniej wtedy, gdy zasiadamy do wspólnego posiłku:-)).
Czas dla dzieci? Okazało się, że na to też jest sposób. W weekendy łączę go z treningiem. Najczęściej zabieram wózek, a w nim córkę, na „spacer”. Dziś to ponad 110 minut szybkiego marszu. W tygodniu jest gorzej, ale tu z pomocą przychodzą najbliżsi, którzy opiekują się latoroślą lub robią zakupy. Często również, w ramach wspólnej zabawy robię z córeczkami wspólną rozgrzewkę i skipy. :) Już nawet zaczęły odróżniać skip A od skipu B, wplatając w to inne rodzaje ćwiczeń, o których istnieniu nie miałam pojęcia (myślę, że mój trener też nie ;-)).
Czas dla dzieci? Okazało się, że na to też jest sposób. W weekendy łączę go z treningiem. Najczęściej zabieram wózek, a w nim córkę, na „spacer”. Dziś to ponad 110 minut szybkiego marszu. W tygodniu jest gorzej, ale tu z pomocą przychodzą najbliżsi, którzy opiekują się latoroślą lub robią zakupy. Często również, w ramach wspólnej zabawy robię z córeczkami wspólną rozgrzewkę i skipy. :) Już nawet zaczęły odróżniać skip A od skipu B, wplatając w to inne rodzaje ćwiczeń, o których istnieniu nie miałam pojęcia (myślę, że mój trener też nie ;-)).
Zapytacie: skąd brać na to wszystko siłę? Właśnie z treningów. Każdy z nich daje nowe pokłady szczęścia i energii. Bez tego trudno funkcjonować.
Myślisz, że przesadzam? Spróbuj sam/a. Jeśli nawet dziś to nie wychodzi, to pamiętaj:
"Czasem trzeba trochę poczekać...
Żeby wszystko się ułożyło..."
Myślisz, że przesadzam? Spróbuj sam/a. Jeśli nawet dziś to nie wychodzi, to pamiętaj:
"Czasem trzeba trochę poczekać...
Żeby wszystko się ułożyło..."
Uwierz mi. TO DZIAŁA!!!
