
Mimo przeciwności, niedogodności i „nie chce mi się”, wciąż pozostaję w programie, ponieważ chcę pokonać samego siebie. Chcę sobie samemu udowodnić, że dam radę. Przekonam sam siebie, że maraton może przebiec każdy kto się na to zdecyduje i mądrze podejdzie do tematu.
REKLAMA
Minęły już trzy miesiące od rozpoczęcie programu biegowego PZU i… przyznam, że jeszcze nie poczułem przynależności do rodziny biegaczy. Wcale. Gdy czytam wypowiedzi, blogi i inne relacje z biegów wszyscy opisujący są szczęśliwi, bo pokonali kolejne kilometry, godziny zmagań i treningów.
Dla mnie każdy kolejny trening to… wciąż tylko trening, który mam rozpisany i który realizuję ponieważ takie sobie wyznaczyłem zadanie.
Czy zdarza mi się czasem trening opuścić – nie, ale zdarza mi się przesuwać zadania wynikające z programu „na kolejny dzień”. I nie ukrywam, że powody nie są niepodważalne:
- deszcz. Pewnie czytaliście jak to fantastycznie biega się w deszczu. Jak biegniesz wśród kropli i delektujesz się tym faktem. A ja nie lubię. Buty są przemoczone po minucie, koszulka i spodenki po dwóch – wracasz do domu cały mokry. Nie będę oszukiwał – staram się unikać biegania podczas „angielskiej” pogody. I chyba nigdy nie zrozumiem, że można to lubić.
- przedłużył się dzień w pracy, dziś mam zaplanowany trening, a kolejka się spóźniła i do domu dotarłem póóózno – nie ukrywam, że nie nastraja to optymistycznie do biegania. Zdarza mi się w takim przypadku „odpuścić” - jutro przecież też jest dzień.
- trening zaplanowany na rano (rano przecież najlepiej się biega i efektywność treningu jest najwyższa) – budzik dzwoni i… pierwszą myślą jaka mam jest „nie dam rady, pobiegnę wieczorem, teraz muszę jeszcze chwile pospać”.
- i najważniejsze „nie chce mi się dziś”.
Wiem, wiem to nie są poważane powody, żeby przesunąć trening. Trening biegacza to i pewnik i świętość. Kilometry muszą być przebiegnięte i koniec.
Wyjście na trening bywa trudne - to jednak nic w porównaniu do przestrzegania diety. Oczywiście, wystarczy silna wola i nie ma wtedy problemu. Jednak co, jeśli ktoś jej nie ma? Wtedy przestrzeganie diety staje się prawdziwym Mount Everestem. I choć nie jest prosto, to od razu można odczuć, że z każdym kilogramem na minus biega się łatwiej. Dużo łatwiej.
Czy wszystko powyższe już zniechęciło mnie do treningu - NIE. Mimo przeciwności, niedogodności i „nie chce mi się”, wciąż pozostaję w programie, ponieważ chcę pokonać samego siebie. Chcę sobie samemu udowodnić, że dam radę. Przekonam sam siebie, że maraton może przebiec każdy kto się na to zdecyduje i mądrze podejdzie do tematu.
Maraton za rok, a już niedługo pierwszy programowy test – 5 km. Będzie dobrze.
Mimo przeciwności – biegam i polecam.
