Ewa Koprowska
Ewa Koprowska

Parę lat temu rozpoczęliśmy świecką tradycję rozpoczynania wakacji rodzinnym spływem kajakowym. W kilkanaście łodzi – kajaków i canoe spływamy przez tydzień. Nocujemy w prymitywnych warunkach campingowych, blisko przyrody, bez elektroniki.

REKLAMA
Uwielbiam ten czas. Pozwala zatrzymać się po całorocznym projektowym pędzie. Od wielu lat jadę w pracy na wysokiej adrenalinie i taki odpoczynek jest jak chłodny balsam na poparzone słońcem ciało.
Dieta
W tym roku miało być trochę inaczej. Jak bardzo inaczej zdałam sobie sprawę, gdy nasza dietetyk – Justyna Mizera – przesłała mi aktualizację diety. Jadłospis wyglądał w kontekście spływu jak kompletne NIE-DA-SIĘ. Świadomość argumentowała, że trudno jest gotować posiłki na ognisku i jak bardzo nie mam gdzie kupić i przechowywać łatwo psujących się składników. A podświadomość kręciła nosem na oddalające się kiełbaski z patyczka i wieczorne piwo.
Przyznam się Wam bez bicia, że wtedy miałam tego całego programu serdecznie dość. No bo co w końcu kurczę blade, wakacje są raz w roku. Justyna wysłuchała mniedzielnie , pokombinowała i dostosowała dietę. Ave Justyna Mizera. Nowy jadłospis to: surowa marchewka, jabłka, kukurydza i ryba w puszce oraz okazyjnie kabanosy. Czyli jednak DA-SIĘ. A skoro tak, to trzeba się zaprowiantować, przestać marudzić i w drogę.
Fantastyczne było w tym całym zamieszaniu wybieranie ubrań. Jak nigdy dotąd letnie, campingowe ciuchy, zamiast opinać jak siatka baleron moje pozimowe ciało, miały sporo luzu. Patrząc od tej strony, to taka surowa, słodka marchewka jest całkiem smaczna.
logo

Resko – Płoty
Po przyjeździe na miejsce zbiórki i wieczornym ognisku obiecywałam sobie, że wstanę o szóstej rano i pobiegam przed wodowaniem łódek. O szóstej rano w namiocie było przeraźliwie zimno, a na zewnątrz lało. Całe ciało mnie bolało, bo rozbiliśmy się na korzeniach. Postanowiłam się jednak wyspać. Przed nami było 20 km w deszczu, a ręce oderwane do laptopa zawsze przez pierwsze dwa dni wiosłowania są słabsze. Wyspany człowiek ma lepszy humor i wyższą tolerancję na drobne niedogodności meteorologiczne i fizyczne. Pobiegam wieczorem.
Rega na odcinku Resko – Płoty jest piękna. Dzika i zarośnięta. Woda była wysoka i czasem trzeba było trochę pokręcić kajakiem, żeby ominąć powalone drzewa. Dopłynęliśmy zmęczeni, mokrzy, ale szczęśliwi. Okazało się, że w tym roku szlakowa zamówiła domowe obiady. Smażone kotlety nie dla mnie, ale resztki – to było to! Niejadana przez moje dzieci zupa i ogromne porcje surówki ze świeżych warzyw doskonale wpasowały się w dietę.
Godzina odpoczynku i udało się znaleźć siły na 5 km przebieżki. Podwójna dawka endorfin to podwójna dawka szczęścia. Marchewka na kolację smakowała bosko. Wieczorem, po rozwieszeniu mokrych ciuchów w stanicowym garażu, wspominaliśmy wspólne przygody i śpiewaliśmy przy gitarze. Nieco czerwonego wytrawnego wina w blaszanym kubku dopełniło wakacyjnego wymiaru raju.
Płoty – Gryfice
Nadal zimno i pada. Szybko zwijamy obóz i płyniemy dalej. Drugi dzień to najczęściej kryzys u dzieci. Bardzo pomaga wymiana składów. Na spływie mamy różne łódki: jedynki, dwójki, trójki i czwórki canoe. Dzieciaki dobierają się w grupy i mieszają na łódkach. Płyniemy leniwie, jakby nic na świecie poza okolicą i nami nie istniało. Jakby wreszcie czas zatrzymał się i nie był tak beznadziejnie ważny. Rzeka jest pusta – przez kilka godzin spotykamy kilka łódek. Jest dobrze.
Dopływamy do Gryfic i kompletny szok – nocujemy w środku metropolii. Za siatką stanicy plac zabaw. Za placem park, elektrownia wodna, ryneczek, zameczek, gotycki kościół, sklepy. Jest już późno, więc wszystko pozamykane – pędzimy do ostatnich sklepów uzupełnić zapasy, a potem palimy ognisko.
logo

Gryfice – Gąbin
Znowu nie udało się wstać rano. Pogoda lepsza – już nie pada, ale nadal zimno. Dzisiejszy odcinek jest trudny – mnóstwo powalonych drzew zmusza do wysiłku i skupienia. Grzesiek przesiada się z kolegą na dwójkę, a Michał wsiada do jednego z canoe. Canoe zalicza wywrotkę. Wyławiamy dzieci, dorośli sami dopływają do brzegu, zbieramy sakwy i drobiazgi. Chłopaki odwracają łódkę. Zrzucamy część naszych suchych rzeczy, żeby topielcy mieli się w co przebrać. Jest dużo śmiechu. Grzesiek wspomina, jak my skąpaliśmy się w zeszłym roku. Wtedy szczęśliwie było cieplej. Płyniemy dalej. Obyło się bez kolejnych wywrotek.
Po dotarciu do Gąbina i dłuższym odpoczynku idę biegać. Jutro mamy płynąć do Trzebiatowa. Lekki odcinek. Wyobraźcie sobie moje zdziwienie po niecałych dwudziestu minutach biegu, gdy zobaczyłam dużą tablicę „Trzebiatów”. Licząc odległość wzdłuż drogi biwakowaliśmy ok. 3 km od Trzebiatowa. Po powrocie chłopcy zrobili mi niespodziankę i naszykowali kolację. Chlebek ryżowy posmarowany masłem orzechowym, do tego sałata lodowa, marchewka, jabłko i herbata malinowa. Mam cudowne dzieci.
Gąbin – Trzebiatów
Po wczorajszej kąpieli Michał obudził się z gorączką. Tymczasem pogoda poprawiła się i zachęcała do spacerów. Postanowiliśmy odpuścić pływanie i zwiedzić Trzebiatów. Fantastyczną atrakcją dla dzieci jest architektoniczny „szlak słonia”. Prowadzi przez pięknie zachowane stare miasto, a przy każdej budowli na dzieci czeka zadanie. Dodatkowo na tablicach opisana jest historia słonicy, która przyjechała do Trzebiatowa na występy. Kilka godzin frajdy i wiele ciekawych informacji.
Niedaleko stanicy jest „Orlik”, porządne boisko. Chłopcy biegają za piłką i próbują namówić ojców na mecz. Po długich targach przy ognisku towarzystwo umawia się na jutro o 7 rano.
Informacyjnie: kabanosy pieczone na patyku są obrzydliwe.
Za to pierogi z mięsem z ogniska są doskonałe.
Trzebiatów – Mrzeżyno
Od 6 rano dzieci biegają podekscytowane meczem i stawiają całe pole namiotowe na nogi. Dobijają się do namiotów, z których opornie wypełzają ojcowie. Korzystając z tej pobudki i pięknej pogody idę pobiegać szlakiem słonia, a potem pomiędzy Regą a Młynówką. Czuję, że odpoczywam. Czuję, że jestem wolnym człowiekiem.
logo
Ostatni etap to leniwy spływ rodzinny. Szeroka wolna rzeka, piękne słońce, brak przeszkód na wodzie. Dzieci wyczekują południa. Jak każdego ostatniego dnia spływu mają obiecane, że pod koniec ostatniego etapu można przystąpić do abordażu. Ta ostatnia godzina to szaleństwo. Lejemy na siebie wodę butelkami i kubkami. Chlapiemy wiosłami i ścigamy się, ile sił w rękach. Jesteśmy mokrzy i roześmiani. Dzieci szaleją. W takiej atmosferze dopływamy do morza. Wysiadamy przed bosmanatem rybackiego portu w Mrzeżynie. To już niestety koniec spływu. To jest równocześnie początek biegania po plaży. Ale o tym w następnym wpisie.