Ewa Koprowska
Ewa Koprowska fot. Mateusz Koprowski

Wysyłam ten tekst 31 sierpnia. To ostatni dzień wakacji. Najpiękniejsze wakacje w moim życiu. Co roku takie są. Szkoda, że już po wszystkim.

REKLAMA
Na Giewont
W tym roku w góry pojechaliśmy pociągiem. Chcieliśmy pokazać chłopcom, jaka to frajda. Pamiętam z dzieciństwa, jak zasypiałam w pociągu ukołysana stukaniem kół. Pamiętam, jakie to było zaskoczenie, gdy po przebudzeniu widziałam za oknem morze lub góry. W piątek po pracy zabraliśmy z domu 4 wypchane plecaki i pojechaliśmy na dworzec. Po 12 godzinach, w sobotę rano, słonecznie przywitało nas Zakopane.
Nocleg mieliśmy w schronisku na Hali Kondratowej. Wieczorem postanowiłam zmierzyć się z pierwszym górskim bieganiem. Pod górkę było śmiesznie. Czułam się jak pociąg, którym niedawno jechałam. Mozolnie wspinając się pod górę, sapiąc głośno i regularnie posuwałam się coraz wolniej po coraz bardziej stromej ścieżce. A potem z górki na pazurki w dół. Zbieganie w dół jest lepsze niż skipy. Trzeba mocno się skoncentrować jak i gdzie stawiasz stopę. Niesamowitą frajdę daje dodatkowy napęd grawitacyjny.
Kondratowa to kameralne schronisko, genialnie położone u stóp Giewontu. Dawało nam szansę wdrapania się na śpiącego rycerza zanim ustawi się piesza kolejka. Dla moich chłopców to były pierwsze w życiu łańcuchy. Na szczycie pomimo wczesnej pory było już na tyle sporo ludzi, że na zajście trzeba było chwilkę poczekać. Poza tym po południu władzę nad górami regularnie przejmowały burze.
Na Kasprowy
W poniedziałek założyliśmy garby na plecy i ruszyliśmy przez Kasprowy do Murowańca. Po drodze minął nas biegacz. Mocny człowiek, leciutkim krokiem minął nas, pozdrowił i niedługo zniknął za zakrętem. Byłam naprawdę pod wrażeniem jego kondycji.
Szlak z Giewontu na Kasprowy jest przepiękny. Zachwycało nas towarzystwo kozic, słoneczna pogoda no i… zamarudziliśmy. W efekcie na ostatnim kilometrze złapała nas burza. Do schroniska dotarliśmy przemoknięci do suchej nitki.
Burza pod Granatami
Wtorek obudził nas deszczem. Zastanawialiśmy się, czy to jeszcze burza czy po prostu pada. Po prostu padało. To nasz ostatni pełen dzień w górach. Mieliśmy ogromną ochotę pokazać dzieciom niższe Granaty. Pogoda ulitowała się dopiero około południa. Nad Czarnym Stawem Gąsienicowym zebrała się gęsta mgła. Mgła schodziła nisko, tłumiła dźwięki i tworzyła niesamowity nastrój. Miałam wrażenie, że cały świat zniknął w tej mgle. Siedząc na niewysokim kamieniu nie widziało się świata na kilka metrów dookoła. Chmury kłębiły się tworząc fantastyczne formy i zapowiadając rychłą burzę. Trzeba było wracać.
Wróciliśmy do schroniska w ulewie, ścigani grzmotami. Przebraliśmy dzieci w suche rzeczy. Burza się uspokoiła, ale padało dalej. Postanowiliśmy pobiegać. Trener powiedział, że po całym dniu na szlaku mogę sobie darować bieganie, ale my na szlaku byliśmy może godzinę…
Bieganie w deszczu po Dolinie Gąsienicowej jest super. Człowiek rusza się – więc jest mu ciepło. Różnice wysokości nie są znaczne – więc biegało się łatwiej niż pod Kopę Kondracką. Trzeba uważać na śliskie kamienie – więc znowu pełna atencja na stopy. Lubię takie bieganie. Nie jest nudne. Nie wymaga słuchawek z rytmem. Przeszkadzałyby.
This is the end
To już koniec wakacyjnego biegania. Po górach i po plaży. Nierówno i niedokładnie.
W tym roku szkolnym trzeba będzie zmierzyć się z pierwszą połówką maratonu.
Więc, powtarzając za jedną z najpiękniejszych piosenek świata:

Naszych rachub niespełnionych, to koniec
Tego, co trwa nieporuszone, to koniec (…)
Chodź kochanie, spróbuj swej szansy z nami