
I wstał słoneczny, 28 dzień września… przywitał Warszawę , w tym dniu stolicę biegania, cudnym słońcem, lekkim stresem, niecierpliwym oczekiwaniem, wielkim podekscytowaniem – to będzie zawsze jedna z jaśniejszych i pięknych dat w moim kalendarzu. :) Tak to już chyba bywa z tymi „pierwszymi razami” – są pierwsze, bardzo wyczekiwane, nieznane, zupełnie nowe, ekscytujące.
REKLAMA
Taki też był mój pierwszy start w poważnej, w dodatku wielkiej, przepięknie zorganizowanej imprezie biegowej – „Biegu na piątkę” – podczas 36. PZU Maratonu Warszawskiego. Choć wielkie emocje zaczęły się już dzień wcześniej w Biurze Zawodów. Tam odbierałam w sobotę po raz pierwszy swój najprawdziwszy pakiet startowy. Mnóstwo, mnóstwo uśmiechniętych, rozentuzjazmowanych ludzi wokół, rozmowy o życiówkach, wynikach, przygotowaniach, odżywkach, butach, ubraniach – brzmiały jak najbardziej dopingująca muzyka i ta niezwykła atmosfera Stadionu Narodowego… Do tego te wszystkie licytacje na naszej „fejsbukowej” grupie: kto ile pobiegnie, jak się ubierze, co zjeść na śniadanie – zaczęło się robić poważnie. :)
Że to poważna sprawa, że uciec się nie da, że to już dziś, i nic odwlec się nie da świadczyły też maile z wytycznymi, ostatnimi wskazówkami: jak się ubrać, co zabrać, jak dojechać, gdzie być, od naszego Trenera Grzegorza i od naszej „opiekunki” Agatki. To taki pierwszy moment, w którym poczułam, że gram w teamie, że ktoś o nas myśli, dba, i że na pewno w razie czego się nami zaopiekuje. To było bardzo, bardzo fajne – dziękuję. :)
W strefie PZU SPORT TEAM towarzyszyła nam cudowna, sportowa atmosfera. Firmowo ubrani i roześmiani robiliśmy pierwsze fotki, a potem karnie za Trenerem podążyliśmy na naszą zespołową rozgrzewkę – wyjątkowo było lajtowo. :) Aż tu nagle… w jednej chwili, nie wiem kiedy i jakim sposobem rozpierzchła się gdzieś cała nasza ponad stuosobowa grupa, ale… przyszło takie uczucie, którego nie znałam dotąd, że w tym tłumie ludzi mających ten sam cel, dobre intencje, a w sercach radość, nawet przez sekundę nie można czuć się samotnym – zabieram sobie to uczucie jako jedno z ulubionych.
Ostatnie odliczanie, uścisk dłoni z tymi, którzy stali obok mnie i ruszyliśmy… Strasznie nas było dużo i już wiem, jak ważne jest doświadczenie radzenia sobie w takim tłoku. :) Ja nie najlepiej sobie z tym poradziłam, gdzieś się parę razy potknęłam, kogoś potrąciłam, potem z troską przepraszałam :), w końcu złapałam swój rytm, znów biegłam zwyczajnie, jak po swoim parku. Szybko i bezkolizyjnie, mam nadzieję, wyprzedzałam innych. Pierwszy raz nie słuchałam w biegu muzyki i to było super doświadczenie. Motywujący się po drodze ludzie, kibice dopingujący i wykrzykujący napisane pod numerami startowymi imiona– to niezwykłe. :)
I było mi chyba też bezpieczniej bez nich w tym biegnącym tłumie – a mówił o tym Trener. :) W tym rozemocjonowaniu nie włączyłam na starcie zegarka, więc kompletnie nie wiedziałam, ile i jak szybko biegnę , ale wciąż pamiętałam słowa Trenera „po prostu dobiegnijcie – takie jest zadanie”. :) Więc biegłam, oblanym słońcem przepięknie Mostem Poniatowskiego, w swoim tempie, nawet na chwilę się nie zatrzymując, uważając na współbiegnących obok mnie, uśmiechając się do siebie i ciesząc się, że biorę udział w czymś tak niezwykle pozytywnym, ja, która do niedawana mówiła o bieganiu: „nigdy – to taka nuda”!
Dobiegłam… Doping na Stadionie Narodowym, sama możliwość finiszowania na nim – magiczna. :) Podobno krzyczała do mnie dopingująco, na ostatnich metrach, Agata, nasz „Dobry Duch”– nic nie słyszałam! Za to czułam, że jeszcze dużo, dużo sił miałam w zapasie, jeszcze bym pobiegła dalej na tych cudnych emocjach, niż na nogach pewnie. :) Na to muszę teraz jednak jeszcze chwilę poczekać.
To pierwsze bieganie było takie… lekkie, miłe. Nie wiedziałam, jaki czas powinnam mieć, bo nigdy go wcześniej nie mierzyłam, lecz wiem, że to był tylko taki jeden raz – teraz już będę się ze sobą ścigać, czas poprawiać, pokonywać siebie. Teraz, po tym biegu bardziej rozumiem tę licytację na czasy, zakładanie się na ile się pobiegnie – tak, teraz lepiej to rozumiem i wiem też na pewno, że mogę więcej. :) Szczególnie, że takich cudnych ludzi mam wokół siebie. :) Trenerze, Aniu, nasza „Ratowniczko” w sprawach naszych stawów, kości itp., Justyno - najpyszniejszej i skutecznej przy tym diety twórczyni, Agatko – co najpyszniejsze pieczesz batony energetyczne i najbardziej chyba różnorodnej na świecie Drużynie, za tę inność właśnie - DZIĘKUJĘ!!!! Za to, że mój pierwszy sukces biegowy tak pysznie smakuje, tak cieszy, że nie boli. :)
Nie napisałabym tych refleksji, tej relacji – gdyby nie „biegający” bardzo bliscy mi ludzie – źródło mojej inspiracji, wytrwałości, motywacji. Podziwiam Wasz wczorajszy wysiłek podczas Maratonu, gratuluję wyników i UWAŻAJCIE, BO WAS GONIĘ!:) Już niebawem staniemy na jednym starcie Maratonu– dziękuję, że jesteście. :)
