Życie – to nie pasmo samych sukcesów, ale nie jest też sumą wszystkich możliwych nieszczęść. To taka sinusoida (oho !!! – to porównanie, to chyba wpływ i bliskość mego ulubionego Matematyka, bo ja to matematyczna „noga”:)), w której dobre rzeczy przeplatają się z tymi gorszymi. I podobnie jest z naszym nastrojem: raz jest euforyczny, cudowny, by za parę chwil zmienił się w szary kłębek demotywujących myśli – to naturalne, szczególnie, gdy słońce wciąż w deficycie.
REKLAMA
Wciąż myślę, jak zachować równowagę, jak zatrzymać tę nastrojową „skakankę”, jak kontynuować biegowe zobowiązanie, jak zrealizować marzenie o maratonie? Szczególnie wtedy, kiedy życie, to, które uprawiałam według własnego planu lub całkiem bez niego, w którym byłam jedną z głównych postaci, dzieje się trochę obok mnie. Gdy czasem ze zdziwieniem patrzę na nie, jakby było serialem wyświetlanym na dużym ekranie…
Rozwiązaniem jest chyba akceptacja i wolność wybierania tego / decydowania o tym, jaka otaczać nas będzie rzeczywistość. :) Bo kiedy godzimy się na to, co jest, na zmienność pór roku, temperatur, nastroju, pełnionej w życiu roli, kiedy w tym wszystkim jesteśmy blisko siebie i swoich uczuć, dajemy im prawo istnieć, wtedy możemy czerpać nawet z tych gorszych dni… I kiedy się budzimy, każdego dnia mamy wybór – każdy z nas: możemy być nieszczęśliwi lub szczęśliwi. Ja wciąż i wciąż niestrudzenie wybieram drugie rozwiązanie. Bo jesteśmy tym, czym są nasze myśli. ;) I przypomina mi się w tym miejscu epokowe dzieło Macieja Wojtyszki „Bromba i inni”, którą czytałam kiedyś w Centrum Zdrowia dzieciaczkom i tamtejsza teoria sytuacjonizmu: „Kiedy biegam, jestem biegaczem, kiedy fruwam, jestem fruwaczem, kiedy się boję, to jestem baczem, a tak w ogóle jestem Gżdaczem”… Cudownie, dziecinnie proste. :)
Ja wciąż, mimo mrozu i, chorób wokół, jestem BIEGACZEM. Mimo że nie zawsze wypełniam zalecone dystanse i ćwiczenia zapisane w dzienniczku, i mimo że ostatnio biegam bardziej na „głowie” niż na nogach, bardziej dbając o nią niż o mięśnie, co coraz częściej krzyczą „quuurdeee – zatrzymaj się!”. Każdy mój trening to walka na myśli: te dobre i te złe, te, co hamują, i te, co podszeptują, że dalej możesz biec… Najtrudniejszy trening odbywa się – gdy jest naprawdę ciężko – w głowie. Wciąż nie jestem „rezygnowaczem”, ale BIEGACZEM, a w tym codziennym bieganiu odreagowuję napotykane absurdy i bezsilność wobec procedur, braku życzliwości, bólu najbliższych. Ciesząc się chwilą sam na sam ze sobą łapię płatki śniegu (od zawsze są dla mnie zaczarowane), zapominam o bólu palców, tych, co biegam na nich niczym baletnica, zamiast przyjąć technikę odpowiednią dla prawdziwego sportowca. :) Ból… coraz częstszy towarzysz BIEGACZA, zaczynam rozumieć znane dotąd z opowiadań jedynie długie wybieganie.
I zdarza się w tym trudzie coś niezwykłego. Ciemność wieczoru, czasem szarość popołudnia, jak na ciemnej ulicy śliczne latarnie, rozświetlają obcy, mijani po drodze ludzie, co czasem klaszczą przez sekundę w dłonie bezgłośnie, schodzą z drogi, gdy biegnę, by zrobić mi miejsce, uśmiechają się cudnie, zaczepiają pytając, czy nie marznę… Mimowolni, życzliwi kibice z tym delikatnym, niewymuszonym podziwem – są wszędzie: na drodze, w parku, w mijanym autobusie. Często w tym indywidualnym, samotnym biegu, ferworze walki z samym sobą, skupieni na tętnach, oddechach, odległościach, kaloriach, nie zauważamy ich, zapominamy, że nie muszą schodzić nam z drogi, podnosić rąk, słać uśmiechów. Mijamy ich bez słowa zafiksowani na naszej pasji, czasem zdarza się, że złościmy się na ich komentarze. A jak często im dziękujemy? Ja rzadko. Ale traktując to jako lek na zimową depresję, na długodystansowe bóle, dla siebie i (mam cichutką nadzieję) także dla tych fajnych ludzi – zacznę im dziękować! Jeśli ze zmęczenia nie słowem, to będę wdzięczna uśmiechem, podniesieniem ręki, zalotnym mrugnięciem!
Zauważyłam te małe cuda kilka dni temu, kiedy gnając resztką sił po Wilanowie spotkałam dwoje młodych ludzi, którzy zatrzymali się radośnie, zdjęli grube rękawice, by przybić mi piątkę i pokazać podniesione w górę kciuki . To było takie nieoczekiwane, spontaniczne, pozytywne, a ja najtrudniejszy, ostatni odcinek mojej siedemnastokilometrowej wyprawy pognałam, mimo że powłócząc nogami, jak na skrzydłach. :) To było cudowne COŚ. :)
Brak słońca wszystkim dokucza i wszyscy już marzą , by prędzej niż w marcu zjawiła się wiosna. Zatem kończąc dzisiejsze pisanie z życzeniem rychłego powrotu zieloności wokół – daruję znów z cytowanej tu „Bromby” optymistyczny, mój ulubiony obrazek. :) Niech i Was czasem radośnie dopadnie takie:
