Jedenaście! Wierzyć się nie chce, że niewinny żarcik (wysłanie zgłoszenia do programu), którego się dopuściłam ubiegłej wiosny, jest taki (dziś mogę to już powiedzieć z całą odpowiedzialnością) cudowny w skutkach. :)
REKLAMA
Jedenaście miesięcy to już nie chwila, to mała historia. Sama ją napisałam, a raczej najpierw wychodziłam, potem wytruchtałam, a od niedawna już przez wielkie „W” wybiegałam. Dziś temat został zadany z góry: 10. PZU Półmaraton Warszawski i jak wyglądała do niego droga. Kusiło mnie, by odpowiedź zawrzeć w jednym zdaniu, że była ona w większości parkowa, osiedlowa, z upływem zaś czasu to była droga do Wilanowa, pięknie oświetlona milionem lampek.
8 kwietnia 2014 – pierwszy wpis trenera „Zwierza” w moim dzienniczku, który – O DZIWO!!! – do dziś wypełniam:
7 serii: jedna minuta marszu / jedna minuta biegu
Dziś patrzę na to z prawdziwym rozrzewnieniem, z rozbawieniem, wręcz z niedowierzaniem, szczególnie gdy przypominam sobie, jakie to bywało trudne – przebiec tę minutę. :) Potem kolejne, siedem, dziesięć – to było już prawdziwe wyzwanie. Dziwne, że dziś, kiedy pierwszy raz rachuję swoje biegowe sumienie, pamiętam nie trudy, nie opory, nie wątpliwości, nie drobne zasłyszane czasem złośliwości, ale to poczucie satysfakcji, ba!, nawet dumy. (Teraz wydaje mi się, że powód był głupio błahy, a jednak), dumy, że biegłam o jedną minutę dłużej, że miałam mniej zadyszki, że pobiegłam kilometr dalej, że straciłam kolejny kilogram itd. Dziś tych kilometrów jest dziewiętnaście i jedyne, co mnie w czasie ich pokonywania zatrzymuje, to czerwone światło. Poznałam w czasie niezliczonych wybieganych godzin mechanizm sukcesu w moim życiu – jest prosty, najprostszy – SUKCES JEST PROPORCJONALNY DO ZACHWYTU. :)
7 serii: jedna minuta marszu / jedna minuta biegu
Dziś patrzę na to z prawdziwym rozrzewnieniem, z rozbawieniem, wręcz z niedowierzaniem, szczególnie gdy przypominam sobie, jakie to bywało trudne – przebiec tę minutę. :) Potem kolejne, siedem, dziesięć – to było już prawdziwe wyzwanie. Dziwne, że dziś, kiedy pierwszy raz rachuję swoje biegowe sumienie, pamiętam nie trudy, nie opory, nie wątpliwości, nie drobne zasłyszane czasem złośliwości, ale to poczucie satysfakcji, ba!, nawet dumy. (Teraz wydaje mi się, że powód był głupio błahy, a jednak), dumy, że biegłam o jedną minutę dłużej, że miałam mniej zadyszki, że pobiegłam kilometr dalej, że straciłam kolejny kilogram itd. Dziś tych kilometrów jest dziewiętnaście i jedyne, co mnie w czasie ich pokonywania zatrzymuje, to czerwone światło. Poznałam w czasie niezliczonych wybieganych godzin mechanizm sukcesu w moim życiu – jest prosty, najprostszy – SUKCES JEST PROPORCJONALNY DO ZACHWYTU. :)
Muszę w tym miejscu przyznać się do jednego deficytu. Wciąż, nawet teraz, w przeddzień wielkiego sprawdzianu, nie mogę wzbudzić w sobie nijak zachwytu dla sprzętu, mierzącego tysiące rzeczy we mnie. :( Chyba moją pasją, gdyby to było możliwe, byłoby bieganie naturalne: boso, po piasku, trawie, w wiatrem we włosach i mchem na drzewach jako jedynym drogowskazem… Tymczasem uczę się zerkać na wyświetlacz i nie wpadać na mijanych ludzi oraz nie zaplątywać się w smycze wyprowadzanych psiaków.
Miało być o 10. PZU Półmaratonie Warszawskim i moim w nim starcie. No więc zwyczajnie boję się tego startu, to już nie „Bieg na piątkę”, gdzie było wesoło i radośnie.
To też nie będzie cudny choć krótki marsz i „Bieg po nowe życie” – znów na piątkę.
To będzie też coś więcej i bardziej na poważnie niż moje pierwsze „Dychy”, pokonane z Warszawą i „za niepodległość”.
Półmaraton – zdaje się, że po ostatnich treningach, mam go już w zasięgu swoich nóg, że jestem wybiegana i przygotowana, mniej mam też do dźwigania, jestem trochę lżejsza, żywieniowo zadbana – reszta to głowa, motywacja, upór i to pragnienie, by nie rozczarować, nie zawieść. Tyle ludzi, tyle energii i uwagi w nas zostało zaangażowanych! Chciałoby się czmychnąć ten dystans i w ten sposób wszystkim podziękować.
I to się uda!!!
Dzięki inspiracji, jaką są dla mnie Ci, których niezmiennie podziwiam, podpatruję. Dzięki tym, którzy wciąż na swój sposób dopingują, wierzą, dają na szczęście energetyczne kopniaki przed startem. Dzięki tym, którzy stoją mimo niepogody i krzyczą „daaaaaajesz”. Proszę, nie przestawajcie, to jest lepsze niż wszystkie banany świata, woda na trasie, żele i napoje energetyczne. :)
Dzięki inspiracji, jaką są dla mnie Ci, których niezmiennie podziwiam, podpatruję. Dzięki tym, którzy wciąż na swój sposób dopingują, wierzą, dają na szczęście energetyczne kopniaki przed startem. Dzięki tym, którzy stoją mimo niepogody i krzyczą „daaaaaajesz”. Proszę, nie przestawajcie, to jest lepsze niż wszystkie banany świata, woda na trasie, żele i napoje energetyczne. :)
I dzięki mojej determinacji i wytrwałości, choć los nie zawsze bywał przyjazny. Chyba raczej sprawdzał ile dam radę unieść. Wciąż idę naprzód i wcale tej drogi nie nazwałabym „pod górę”.
Ludzie w tym projekcie są zdecydowanie najważniejsi. Dlatego wielu osobom i jednej absolutnie szczególnej Osobie – dziękuję. Samemu być może idzie się szybciej, z ludźmi jednak zdecydowanie DALEJ.
Do zobaczenia na mecie!!!
Będziecie ??? :)
