W ubiegłą niedzielę zrobiłam coś, co rok temu było jedynie dalekosiężnym planem. Przebiegłam półmaraton. Na własnych nogach i własnymi siłami. Pamiętam, że opowiadałam o programie „Biegaj na zdrowie” moim znajomym i byłam lekko przerażona planem, którego się podjęłam. Wyobrażałam sobie, jakie to będzie uczucie. Myślałam o tym, co zrobię, co powiem, jak podskoczę do góry z radości.

REKLAMA
W niedzielę przekroczyłam metę 10. PZU Maratonu Warszawskiego i nie miałam nic do powiedzenia. Nawet nie podskoczyłam z radości. Właściwie to w tamtym momencie tej radości nie czułam. Miałam w sobie jedynie ulgę, że dobiegłam, że dałam radę. Już przyzwyczaiłam się do tego, że zazwyczaj pozytywne emocje czy radość z osiągnięć dociera do mnie z pewnym opóźnieniem. Na początku oszołomienie miesza się ze zdziwieniem. Podejrzewam, że za kilka dni wstanę rano z łóżka i wykrzyknę: „Heeej! Przebiegłam ten półmaraton! Jestem boska!”.
logo
Po przebiegnięciu 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego Archwium prywatne
Z samego biegu pamiętam tyle, że emocje pozytywne przeplatały się z negatywnymi. Gdyby jakiś psycholog odsłuchiwał moje myśli, mógłby zdiagnozować osobowość wieloraką. Było we mnie tyle głosów, tyle mniej i bardziej kulturalnych dyskusji, że w pewnym momencie musiałam odłączyć głośniki, żeby nie zwariować. Zmęczenie dość skutecznie utrudniało mi wchłanianie energii kibiców, rozkoszowanie się słońcem i podziwianie widoków na trasie. W końcu niecodziennie mam możliwość biegać głównymi ulicami Warszawy.
Gdy tak myślę o całym roku przygotowań, stwierdzam, że półmaraton był tym rokiem, a bieg niedzielny to tylko zwieńczenie trudnej pracy, poświęceń i zmęczenia. Każde wyjście na trening, gdy nie miałam ochoty czy siły to mały krok, który doprowadził mnie na metę półmaratonu. Znajomi mi gratulują, ja dziękuję, ale wciąż nie mogę uwierzyć, że to ja przebiegłam ten dystans. Ta sama ja, która tak bardzo nie lubiła biegać w szkole podstawowej.
Dwa etapy za mną. Przede mną największa góra do zdobycia. Przeraża nie mniej niż rok temu. Nadal brzmi groźnie i niewiarygodnie.
Czy za pół roku o tej porze będę pisać tekst o tym, że przebiegłam maraton? Mam w to więcej nadziei niż wiary.