Trenowaliśmy, czekaliśmy i baliśmy się, ale przede wszystkim byliśmy bardzo podekscytowani stając na starcie 10. PZU Półmaratonu Warszawskiego. Każdy ze swoimi marzeniemi i celami. W końcu pobiegliśmy i pokonaliśmy dystans 21 kilometrów. Hmmm… W sumie jesteśmy naprawdę całkiem fajni :).
REKLAMA
Kiedy myślę o swoim pierwszym, tak długim, poważnym bieganiu, pierwsze co pojawia się w mojej pamięci to radość. Wszechogarniająca, we wszystkich możliwych odsłonach i kolorach. Radosna bliskość zupełnie obcych sobie ludzi (a jednak tego dnia bardziej znajomych) z identycznymi workami na plecach, których mogłam zobaczyć na swojej drodze w metrze. Do tego jeszcze ten radosny gwar tysięcy ludzi zebranych na największym warszawskim placu, który dodawał mi sił by za chwilę zmierzyć się ze sobą, przesunąć granice i spełnić marzenie. Nie byłam sama - dla wielu innych osób ten bieg wiązał się z jakąś obietnicą i nadzieją. Radość pomieszana niejednokrotnie ze strachem, ale i wiara w to, że uda się spełnić swoje marzenia. I do tego jeszcze to niezwykle radosne i piękne wsparcie od tych, którzy przyszli by towarzyszyć, wspierać i podziwiać. Radość wszędzie i we wszystkich - tego dnia nawet w pogodzie. Dziś, z całą odpowiedzialnością przyznaję, że wszystko to było dla mnie absolutnie nowe i zachwycające. Mimo, że biegałam już swoje „piątki” i „dziesiątki”, to dziś wiem, że one były jedynie zabawą. Tu było zdecydowanie poważniej i odpowiedzialniej.
W trakcie biegu zaskoczyło mnie wiele rzeczy. Po pierwsze, czas na takim odcinku płynie zupełnie inaczej (szczególnie na ostatnim kilometrze :)). Niesamowite jest też to, jak się biega na dłuższym dystansie w grupie, ekologicznie wymija i pomaga na trasie. Jednak co najważniejsze, teraz już wiem jak się prawidłowo rozkłada siły i czerpie jej nowe pokłady od tych, którzy w geście zachęty i wsparcia podnoszą do góry ręce i kciuki.
Gdy w poprzednim swoim tekście pisałam, że „samemu biegnie się szybciej, ale z ludźmi dalej” nie wiedziałam, że to zadziała jak samospełniające się życzenie. W myśl zasady, że szczęście przecież sprzyja doświadczonym pobiegłam ze spokojem, znajomością techniki i sposobami radzenia sobie na długich dystansach, ale też z poczuciem humoru i energią. Biegłam i odbierałam wspaniałą lekcję: by biec równo, zwolnić gdy podbieg, wybierać środek ulicy bo nie ma na nim spadków i biegnie się łatwiej, jak korzystać z izotoników i wody, jak nie wytracać całkiem prędkości i jak ponownie wprowadzać się w rytm w razie zakłóceń. Zmęczenie poczułam dopiero w okolicach 18 kilometra podczas podbiegania. Jednak nie zdążyłam się z tym chwilowym kryzysem dobrze zaprzyjaźnić, bo za chwilę czekała mnie już upragniona meta, która wyzwoliła we mnie niesamowite szczęście, dumę i satysfakcję, ale też ulgę i niedosyt :). Absolutnie niezwykłe doświadczenie. Nie było czasu na zmęczenie, czekali już przyjaciele, objęcia, okrzyki radości, medale, fotki i pachnące „Ognisko Półmaratończyka” u Ewuni, która mnie niosła aż do ostatniego kilometra, kiedy wpadłam na metę :).
I to wszystko nie znaczy wcale, że Półmaraton nie spowodował u mnie zmęczenia. Ono po prostu przegrało z tymi wszystkimi cudownymi rzeczami, które mi się przydarzyły na trasie i na mecie.
Te wszystkie dobre, piękne uczucia dedykuję wszystkim tym bez których to biegowe szaleństwo, nagrodzone medalem nigdy by się nie wydarzyło. Dziękuję Trenerowi „Zwierzakowi”, Ani, Justynie i Agacie (która jest mistrzynią ogarniania niemożliwego do ogarnięcia). Dziękuję najbliższym - Mamie, że dała radę i w pewien szczególny sposób była moją motywacją. Dziękuję także Tobie „Zającu” Arturze poznanym na samym starcie za to, że było tak sprawnie, zabawnie i niezwykle.
I teraz czas po tych zachwytach zacząć się znów bać – jak pokonać te magiczne 42 kilometry nadchodzącej jesien, ale to dopiero jesienią. Tymczasem, jeszcze przez chwilę Wesołych Świąt :).
