Minister Boni powołuje do życia Rządową Radę Przeciw Mowie Nienawiści, Ksenofobii oraz Agresji i Dyskryminacji w Życiu Publicznym - pomysł gody Hugo Chaveza.

REKLAMA
Bo w normalnych demokracjach nie ma zajmowania się przestępstwem, dopóki do niego nie dojdzie. A jak już dojdzie - są od tego sądy. Profilaktyka - owszem, tak, ale jeśli już wydawać na nią pieniądze podatników i tracić cenny czas ministrów - proponuję, żeby to była profilaktyka zdrowia lub przemocy domowej - bo każdy z tych problemów jest ważniejszy i pilniejszy.
Najlepsze jest to, że po ogłoszeniu tego, pożal się Boże, pomysłu, minister Boni zapewnił "Ale my w Radzie nie będziemy cenzurować". Tylko po co mówić o tym, co jest oczywiste? Żyjemy przecież w kraju, w którym podobno nie ma cenzury, a już na pewno liderów opinii nie mogą cenzurować politycy - po co więc te skwapliwe przyrzeczenia? Moim zdaniem odpowiedź jest jedna: bo minister Boni myśli, że może. Nie przyszło mu po prostu do głowy, że władza polityka jest ograniczona, że nie ma prawa zajmować się tym, co mówią ludzie i jak - wreszcie, że nie od tego jest, że to nie jego interes.
Może dlatego jako minister administracji i cyfryzacji będzie tracił czas na mowę nienawiści, która zupełnie nie leży w jego kompetencjach, podczas gdy dziedziny, za które mu wszyscy płacimy - administracja i cyfryzacja - leżą odłogiem. I ja też, jak pewnien znany publicysta, coraz częściej mam wrażenie, że panom i paniom z rządu PO wydaje się, że mogą wszystko.