Jakub Kowalski – zapamiętajcie Państwo to nazwisko, bo piątkowym publicystycznym tekstem w Rzeczpospolitej, autor ten zapisał się złotymi zgłoskami w historii polskiego pamfleciarstwa. Co tam Gombrowicz, co tam Dołęga – Mostowicz, co tam skamandryci! Oto dziś na naszych oczach narodziła się gwiazda analizy i syntezy – obserwujcie go uważnie, bo w Polsce Kaczyńskich, w IV Rzeczpospolitej bis będzie to jeszcze nazwisko wielkie. A zaprezentowany dziś przezeń styl uprawiania publicystyki będzie latami przerabiany na wykładach z etyki dziennikarskiej i jak kraj długi i szeroki – na szkoleniach z dziennikarskiego ( anty)warsztatu!

REKLAMA
„Jakaż to miła odmiana ten Kamil Stoch, po Małyszu, luteraninie bez charyzmy, którego wiara nigdy nie pchała do zwierzeń” – pisze Jakub Kowalski, po to, by tym jednym zdaniem odsłonić swój całkowity brak uznania dla faktów. Wszak Małysz, co często publicznie tłumaczył, nie jest luteraninem, tylko ewangelikiem, bodajże reformowanym. No, ale pal sześć! - rozumiem, że dla prawdziwego „katolika” wszystkie te protestanckie sekty są przecież do siebie podobne!’ Jako protestantka tym bardziej pojmuję to doskonale: dla mnie przecież także, katolik czy prawosławny to jeden – nomen omen - czort! *
Zresztą, nie o to w tekście Jakuba Kowalskiego idzie. To wszystko są didaskalia, a rzecz przecież w sprawach najważniejszych.
Najważniejsza zaś - oprócz inwektyw, które przyznaję, słusznie się Małyszowi, jako imbecylowi przybredzającemu o, pieczołowicie przez Kowalskiego wynotowanych, „wiaderkach pod skocznią” i „bułkach z bananem” należą – jest postawiona wprost teza tego teksu, że sportowiec owszem, do własnych poglądów ma prawo, ale tylko wtedy, jeśli te poglądy są „katolickie” i podobają się autorowi, który nie jest rzecz jasna samotną różańcową wyspą, na morzu polskiego laicyzmu, a przeciwnie, liczącym się reprezentantem szerszej grupy polskich „wierzących”.
No bo, umówmy się: jeśli się jest sportowcem, do którego się dzwoni, a on (jak opowiada ks. Edward Pleń), przeprasza, że nie może rozmawiać, bo właśnie idzie na różaniec i mszę świętą, to jest się sportowcem wielkim. A jeśli – jak Małysz – ma się co prawda olimpijski medal, ale po pytaniu o Smoleńsk, marudzi się bezczelnie, że Jarosław Kaczyński kwiaty składa w Warszawie pod Pałacem Prezydenckim, a nie w Krakowie, co jest dziwne, skoro Lech i Maria Kaczyńscy leżą na Wawelu - to jest się pętakiem, a nie olimpijczykiem.
Proszę czytelników o wybaczenie mojej ekscytacji, zwłaszcza o tak późnej porze, ale mimo komisji kodyfikacyjnej, dotacji na muzeum kardynała Wyszyńskiego, zapowiedzi Kaczyńskiego o cenzurowaniu sztuki i rosnącej bezczelności kościoła katolickiego, jako instytucji, tego się w polskiej prasie nie spodziewałam, co oczywiście świadczy tylko o moich ograniczeniach i braku wyobraźni, tym bardziej żenującym, że poprzedzonym kilkunastoma latami uprawiania przeze mnie dziennikarskiego rzemiosła.
Dlatego wszystkich rozczarowanych moim przyznaję, bardzo niskim poziomem merytoryczno-religijno-dziennikarskim przepraszam i obiecuję poprawę, która nastąpi z pewnością, zwłaszcza po lekturze paszkwilów pana Kowalskiego.
PS1. Oczywiście w opowieści o Stochu rozmaitych księży nie uwierzę, dopóki nie usłyszę od niego samego.
PS2 „last but not least”: słowo „katolik” biorę w cudzysłów bo moim zdaniem katolik, kochający bliźniego i wierzący w Boga nie ma nic wspólnego z coraz częstszą nadwiślańską odmianą „katolika” plującego jadem i odurzającego resztki zdrowego rozsądku w oparach absurdu.
PS3: Kamila Stocha podziwiam jako sportowca i mój zachwyt pozostanie niezmienny bez względu na jego wiarę i wyznawane publicznie czy prywatnie poglądy polityczne.
* Dla „katolickich” czytelników: symbol gwiazdki (*) oznacza, że autorka właśnie użyła sarkazmu