Cała ta sprawa to dla mnie jakiś nieprawdopodobny twór medialny. Niemal codziennie przeglądam serwisy kryminalne, zarówno polskie jak i zagraniczne. Codziennie można w nich znaleźć zarówno opisy wypadków domowych jak i zabójstw dzieci przez matki. Codziennie znajdowane są porzucone niemowlęta – w śmietnikach, na wysypiskach, pod drzwiami domów dziecka. Dlaczego akurat ta sprawa nagle wstrząsnęła całym narodem, kazała setkom ludzi pójść odwiedzić ruinki, w których porzucono zwłoki dziecka, a jeszcze innym pisać zdumiewające wiersze na ten temat?

REKLAMA
Jeden z tych pierwszej urody limeryków muszę przytoczyć, bo nie mogę obok niego przejść obojętnie „Tu ukryta była Magdusia, którą zabiła mamusia. Teraz idzie do nieba, zbrodniarki jej już nie trzeba. Wychowają jej dusze anioły, a matkę więzienne padoły”.
Jeśli ktoś oczekuje odpowiedzi na pytanie – dlaczego ludzie się tak zachowują, to muszę go zniechęcić do czytania reszty wpisu. Nie odpowiem, bo nie wiem. Piszę o tym, bo nie przestaję się dziwić. Co jest dla naszego społeczeństwa nowe? Depresja czy psychoza poporodowa? Ukrycie ciała swojego dziecka, a później próba zatuszowania całej sprawy? Pobudka! Takich spraw są codziennie tysiące i nikt się nad nimi aż tak nie pochyla.
Zastanawiają mnie natomiast dwa inne wątki tej sprawy, o których nie znalazłam ani słowa. Po pierwsze – jeśli się dobrze zastanowić dlaczego dziewczyna próbowała grać na czas i jak najdalej odsunąć moment znalezienia zwłok – to jaka hipoteza się nasuwa? Bo moje pierwsze skojarzenie było takie, że może miała we krwi coś, czego po tygodniu miało już tam nie być. Na przykład prochy. Ciekawe czemu nikt się nie zajął takim a nie innym wariantem tej sprawy. Widać było przecież, że rodzice „Madziulki” nie stronili od różnego rodzaju rozrywek, dlaczego akurat takie mieliby pomijać?
Druga rzecz, która nieustannie mnie frapuje. Śledząc sprawę porwanego tudzież zaginionego dziecka zwróciłam uwagę na dyskusje toczące się na forach internetowych i w komentarzach do artykułów. Nie dało się nie zauważyć że dość często odzywały się tam osoby, będące bardzo blisko całej sprawy. Co więcej – z komentarzy tych wynikało, że niejaka Katarzyna W. nie chciała ani dziecka, ani nie paliła się za bardzo do ślubu, ale… środowisko ją zmusiło. A jakie to środowisko? Ano skrajnie katolickie oczywiście. Przecież jak wpadka, to trzeba do ołtarza, albo przynajmniej do Urzędu Stanu Cywilnego. A tymczasem Kasia wcale nie chciała rodzić dziecka, kombinowała jakby tu je usunąć albo może postarać się o poronienie. Ostatecznie się nie udało i dziecko przyszło na świat. Czy kogoś zainteresowało w jakim stanie psychicznym była ta dziewczyna po porodzie? Niekoniecznie. A później? Ktoś się przyglądał temu jak się czuje i jak radzi sobie z pojawieniem się na świecie dziecka. Hmmmm… Nie bardzo. Ale za to wszyscy w okolicy, jak to bywa w takiej sytuacji, oszaleli na punkcie dziecka. I ani to nie jest specjalnie dziwne, ani też nie ma w tym niczego złego.
Załóżmy jednak roboczo, że Katarzyna W. miała czarną jak noc, nieleczoną depresję, załóżmy że przy okazji pojawiły się gdzieś w pobliżu narkotyki, które w danym momencie potraktowała jako doraźną pomoc. Albo nawet nie narkotyki, tylko chociażby alkohol – od czasu do czasu „na smutki”. A później – bach! Wypadek domowy albo atak złości i dziecko nie żyje. I nagle – matka jest zła, trzeba ją wsadzić na dożywocie, kręci, mataczy, wywiodła w pole policję! Ba, nie tylko policję! Cały naród w pole wywiodła podła dziewucha! No i oczywiście wszyscy ci bogobojni mieszkańcy Sosnowca, którzy polecieli się modlić w krzaki, pod murek, gdzie porzucono niewinne dzieciątko. Szkoda, że przy chorej z rozpaczy dziewczynie nie było nikogo. Ani księdza, ani znajomych „z kościoła”, ani kogoś kto by za rękę zaprowadził do psychiatry po leki przeciwdepresyjne. Bo po co? Narodziło się dziecko! Radujmy się!
Ale to tylko taka hipoteza.