Aż tyle krwi w organizmie nie mam, żeby mnie zalewało za każdym razem gdy słyszę o około-sejmowych wybrykach. Jeśli więc wybaczycie to odpuszczę sobie komentowanie wypowiedzi posłów na temat ustaw o związkach partnerskich, pominę ataki posłanki Pawłowicz na posłankę Grodzką, nie wspomnę o obronach posłanki Pawłowicz przez naukowców z Poznania i odpowiedziach na te obrony (i sam naprawdę już nie wiem, czy to atak na obronę, czy obrona przed wsparciem, czy jeszcze coś innego).
REKLAMA
Zapewne konserwatywna część sceny politycznej mojej krwi nie ceniłaby najwyżej, ale ja się czuję z nią dość związany. Poza tym raz na jakiś czas oddaję pół litra – więc choćby nie chcieli, pożytek społeczeństwo ze mnie ma.
Nie będziemy więc zaprzątać sobie głowy wyżej wymienionymi potyczkami politycznymi. I tak jak większość komentatorów przyczepia się do tonu, czy do wartości merytorycznej argumentów, ja się chciałem skupić na sławetnym już zdaniu posłanki Pawłowicz o „jałowych związkach, którym nie możemy fundować słodkiego życia na koszt państwa”. A przede wszystkim, jeśli byłoby to możliwe, chciałbym spytać się, skąd wzięła to „słodkie życie na koszt państwa”.
Wątpię, żeby było to jakieś bardzo zawoalowane odwołanie do „La dolce vita” Federico Felliniego. Nikomu nie urągając, posłanka nie wygląda na fankę ani włoskiego kina, ani włoskiego, swobodnego i frywolnego stylu życia. Marcelo Mastroianni więc raczej odpada, a ja doprawdy nie mam pojęcia, o co innego mogło chodzić. Szczerze wątpię, czy w całej historii III RP ktokolwiek miał zagwarantowane słodkie życie na koszt państwa (mówię o przeciętnych obywatelach) – nie mam więc nawet żadnego punktu odwołania. Utrudnienia są gwarantowane, a gwarancja obejmuje standardowo 60 lat i bez problemu można uzyskać przedłużenie. Ale żeby słodkie życie? Nie widziałem.
Problem jednak nie w tym, że posłanka Pawłowicz nie chce nikomu fundować słodkiego życia na koszt państwa. Problem w tym, że mylą się tu różne pojęcia, cele mieszają się ze środkami i już nie wiadomo co kto ustala. Słodkiego życia nie chcę w zasadzie dla nikogo. Chcę jedynie, aby państwo pozwoliło obywatelom na dosładzanie sobie życia własnym kosztem. Wręcz wzdrygam się na samą myśl, że państwo miałoby komukolwiek zapewniać słodkie życie, bo to by oznaczało słodkie życie z katalogu, a to, o ile się nie mylę, była część oferty wysyłkowej systemów politycznych połowy XX wieku. Niech każdy na własną rękę sobie życie słodzi, pieprzy, goryczy dodaje (więcej tutaj metafor nie mam), ale niech politycy mi słodkiego życia nie proponują. I niech przynajmniej pozwolą mieć mniej problemów na głowie, bo jak na razie to wychodzi im najgorzej.
Problem jednak nie w tym, że posłanka Pawłowicz nie chce nikomu fundować słodkiego życia na koszt państwa. Problem w tym, że mylą się tu różne pojęcia, cele mieszają się ze środkami i już nie wiadomo co kto ustala. Słodkiego życia nie chcę w zasadzie dla nikogo. Chcę jedynie, aby państwo pozwoliło obywatelom na dosładzanie sobie życia własnym kosztem. Wręcz wzdrygam się na samą myśl, że państwo miałoby komukolwiek zapewniać słodkie życie, bo to by oznaczało słodkie życie z katalogu, a to, o ile się nie mylę, była część oferty wysyłkowej systemów politycznych połowy XX wieku. Niech każdy na własną rękę sobie życie słodzi, pieprzy, goryczy dodaje (więcej tutaj metafor nie mam), ale niech politycy mi słodkiego życia nie proponują. I niech przynajmniej pozwolą mieć mniej problemów na głowie, bo jak na razie to wychodzi im najgorzej.
Tadeusz Fułek
Vice-Wersal
W tej sali Wersal już się skończył – ogłosił kiedyś z mównicy sejmowej Andrzej Lepper. Ale jego słowa były jednak przecież tylko potwierdzeniem faktu („oczywistego” faktu, dodajmy), a nie jego przyczyną. Nie wiem, czy zresztą kiedykolwiek i gdziekolwiek izby parlamentu (nawet, jeśli była to Izba Lordów) były miejscem, gdzie królowały: dobre wychowanie, nienaganne maniery, wstrzemięźliwość słowa, wzajemny szacunek i pokora. W najnowszym filmie Spielberga (nota bene, trochę rozczarowującym i chyba zbyt „poprawnym”), w którym gloryfikuje on Abrahama Lincolna, przeciwstawia jego uczciwość i szlachetność niskim, rasistowskim pobudkom jego ówczesnym politycznym przeciwnikom. Przedstawiony w filmie (a oparty na autentycznych protokołach i dokumentach) poziom parlamentarnej dyskusji, wyzwisk i obelg nie odbiega daleko od dzisiejszych praktyk – jak świat długi, szeroki i okrągły. Jednak i ten szlachetny b bohater amerykańskiego eposu, nie cofa się przed zwyczajnym przekupstwem, korupcją i szantażem, aby przegłosować w amerykańskiej izbie reprezentantów narodu poprawkę znoszącą niewolnictwo. Smutne? Prawdziwe!
Czasami, słuchając, najczęściej przypadkiem, polskich debat sejmowych, mam wrażenie, że jestem świadkiem - zawstydzającego ludzką inteligencję i proces ewolucji homo sapiens – procesu upadku dobrych obyczajów i umysłowego samoograniczenia się, a nawet wyraźnej regresji pewnego specyficznego gatunku homo politicus. I chyba najwyższy czas trochę zmienić pewne językowe kalki, skoro samo pojęcie „język parlamentarny” kojarzy się z zupełnie innymi zwrotami i , niż powinno. No, ale skoro logika czasów nakazuje używać języka dosadnego, brutalnego, agresywnego, ba – często nawet wulgarnego, no to trudno się dziwić, że „wybrańcy narodu” korzystają ze specyficznej retoryki dość często, zapatrzeni w swoich liderów, narzucających ton publicznej dyskusji. Nie bez grzechu są dziennikarze, którzy – w pogoni za skrótowym newsem, bon motem, barwnością i jaskrawością wypowiedzi – premiują złotoustych, którzy – jak to nazwano – narzucają mediom swoją narrację. Ci najbardziej rzeczowi, zdroworozsądkowi, nie pogardzający swoimi przeciwnikami, ale próbujący się z nimi na wszelkie sposoby porozumieć – są w takim starciu z góry na straconej pozycji.
Myślę jednak, że mamy taki parlament, na jaki sami zasłużyliśmy. Sami wybraliśmy i sami możemy mieć do siebie pretensję, albo ewentualnie do tych, którzy na wybory nie chodzą. Ale skoro nie stać ich już na Wersal, to może zafundować naszym parlamentarzystom – skoro prawo i tak stanowią najczęściej mocno ułomne – chociaż jakiś kurs dobrych manier? Kiedyś naiwnie myślałem, że może gwarancją honorowych zasad, minimum wiedzy i przyzwoitości jest wyższe wykształcenie. Myliłem się – nawet tytuł profesora nie stanowi tu żadnej gwarancji!
Wojciech Fułek
Wojciech Fułek
