Chętnie powtarzanym przez starsze pokolenie frazesem, jest szaro-burość PRLu. Brudno było, niekolorowo, szarawo i nudnawo. Brać to mogę tylko na słowo (jam, rocznik 1986), ewentualnie potwierdzić oglądaniem filmów „z epoki”. Dekalog Kieślowskiego raczej rewią kolorów nie grzeszy, więc pozostaje mi tylko przytaknąć – pewnie było dość smutno i ponuro.

REKLAMA
Ja z dzieciństwa pamiętam całkiem sporo kolorów. Zestawy lego od rodziny z Danii, Festiwal w Sopocie, Tazosy, amerykańskie kino famillijne i pierwsze gry komputerowe na lekcjach informatyki (Rayman i Król Lew królowali, o ile mnie pamięć nie zwodzi) – kolorów było całkiem sporo. Co prawda chodziliśmy w raczej szarawych ciuchach (sam, z niezbyt mi wiadomych powodów, rozmiłowany byłem w beżach), ale już Adidasy i pierwsze rodzime sklepy odzieżowe (np. Reserved) dorzucały swoje barwne akcenty do miast i do ludzi.
Można by pomyśleć, że od tamtego czasu powinna spłynąć na cały kraj barwna lawina. Powinny zalać nas fale kolorów, a zepchnięta na margines szaro-burość poprzedniego systemu nieodwołalnie zdechnie smutna i niekochana. Niestety patrząc dziś przez okno, jakoś za wiele tych kolorów nie widzę. W sumie jedynym kolorem są moje własne firanki i pas ładnej zieleni na kamienicy obok, który jednak wygląda, jakby malowany był jeszcze przez Matejkę. Poza tym podwórko szare i nieciekawe, okna szare i też nieciekawe. Widzę żaluzje koloru żółtego, sztuk jeden. Mógłbym wyjść na ulicę szukać dalej, ale coś mi mówi, że wiele nie znajdę. Zresztą wychodząc skręciłbym raczej w prawo, bo wiem, że na lewo od mojego bloku rozciąga się frywolna kraina szaleńczo-pastelowych bloków, których oglądanie wolę sobie odpuścić. Przypominam sobie szał na pastele olejne firmy Pentel, który panował w podstawówce, ale mam wrażenie, że to trochę inne barwy jednak były. Mniej rzygawiczne.
Jedna rzecz domy, sklepy, bloki, budynki, ulice. Druga ludzie. Tutaj niestety też cudów przemienienia nie widzę. Czasami przemknie ktoś ubrany w H&M'ową wersję pastelowego świata, ale poza tym wydaje się, że kolorem ulica jest wstydliwa. Z niewiadomych mi powodów, część społeczeństwa uznała szarości, burości, czerności i ciemności za swój strój narodowy. Sądząc po nowych tytułach na scenie Tygodników Opinii, to kolor utożsamiany jest jednoznacznie z partią rządzącą. Opozycji przystoi najwidoczniej tylko paleta barw ciemnawych i mrocznych, czasami rozbita chętnie eksploatowaną czerwienią i bielą. Z drugiej strony taki TVN też bywa męczący ze swoimi wodospadami oczojebnych kolorów. I tak źle i tak niedobrze.
Ktoś zwrócił ostatnio moją uwagę na fakt, że polskie (słabe, trzeba nadmienić) wyczucie estetyki bierze się z bardzo ubogiego, ograniczonego i niezbyt ciekawego programu nauczania plastyki w szkołach. Każą malować drzewa i wycinać kwiatki przez 3 lata z rzędu, to później nie ma co się dziwić, że jakoś brakuje polotu kolorystycznego w naszej okolicy.
No, nic to - obawiam się, że trudno oczekiwać nagłych zmian w tej materii w najbliższym czasie, chyba że ktoś powoła bojówki kolorystyczne, lub coś w tym guście. Tymczasem jedyne, co można zrobić, to dotrwać do wiosny. Wtedy zrobi się naturalnie kolorowo i przynajmniej ta jedna rzecz każdemu pasuje.
Tadeusz Fułek
Białe, czarne, kolorowe
I znów, synu, zmuszasz mnie do wspomnień dinozaura z odległej epoki. W tym szarym peerelowskim świecie obracałeś się raptem 3-4 lata, zatem masz pełne prawo nie pamiętać pustych półek sklepowych, na których królowały bezbarwny ocet i musztarda w niezbyt atrakcyjnym kolorze ani dziwnych, wyblakłych barw orwowskiej taśmy filmowej rodem z NRD. Masz pełne prawo nie tylko nie pamiętać, ale nawet nie rozumieć dziwnej siły przyciągania wystaw tzw. komisów, gdzie królowały zachodnie towary i kolory czy też fenomenu Pewex, gdzie za twardą walutę albo „miękkie” bony można było kupić coś z barwną zagraniczną metką lub etykietą. Dziś trudno też zrozumieć ówczesne fascynacje nastolatków pustymi, różnokolorowymi puszkami po piwie (wtedy niedostępnymi za złotówki w „normalnych” sklepach), które kolekcjonowano jak znaczki. Trudno też pojąć estetykę mat słomkowych, wiszących w co drugim domu, do których – niczym unikalne okazy wielobarwnych motyli – przytwierdzano starannie szpilkami puste, ale za to nasycone barwami z innego świata kartonowe pudełka po papierosach, pocztówki od wujka z Ameryki czy tylko wycięte z zagranicznych kolorowych pism fotosy. Świat z jednej strony był czarno-biały: siły międzynarodowego, socjalistycznego albo komunistycznego postępu i dobrobytu kontra „ciemna strona mocy” spod znaku właśnie upadającego krwiożerczego kapitalizmu i gwiaździstego sztandaru. Z drugiej zaś – mienił się wszystkimi kolorowymi tęczy, choć część z tych barw była – pod naszą szerokością geo-polityczną – znacznie mniej dostępna. Jeden kolor był za to obecny w pewnym – delikatnie mówiąc – nadmiarze. Czerwień sztandarów na ulicach, szturmówek w pochodach 1-majowych, transparentów, krawatów i odznak partyjnych zdominowała i zakłóciła równocześnie moje ówczesne widzenie świata, skutecznie naznaczając pewnym skrzywieniem kolorystycznym.
W dzisiejszym, wielobarwnym, a nawet jaskrawo-krzykliwym świecie trudno już odnaleźć jakiś jeden, dominujący kolor. To czasami równie męczące, skoro szare bloki z wielkiej płyty przyozdabia się teraz na wyścigi jakimiś, zupełnie przypadkowo dobranymi barwami (promocja w najbliższym markecie budowlanym?) i musimy się później męczyć ze swoistym „wrzaskiem przestrzeni publicznej”. Nowe budownictwo mieszkalne (najczęściej zresztą apartamentowe, nie na przeciętną kieszeń Polaka) też w tej materii nie jest bez grzechu. Często – dzięki dzielnym deweloperom, nie mającym żadnych zahamowań ani kompleksów przeszłości – powstają w naszych miastach nie tylko koszmarki architektoniczne, ale i kolorystyczne. Nade wszystko (patrz nasz niedawny dyskurs marketingowy) dominują jednak dziś w naszym postrzeganiu kolorów wyjątkowo agresywne i jaskrawe („wyróżnij się albo giń”) banery reklamujące wszystko i wszystkich. To one zapełniają nasze ulice i ściany budynków, centrów handlowych, ekrany kin, monitorów, telewizorów, płachty gazet i kolorowych magazynów itp.
Czy to nasze dzisiejsze poczucie estetyki jest rzeczywiście niechcianym spadkiem po poprzednim systemie czy też wynikiem braku odpowiedniej edukacji? Kiedyś mówiono, że frak dobrze leży dopiero w trzecim pokoleniu, zatem może należy tylko cierpliwie czekać i uczyć doboru barw oraz ich stosowania na najlepszych przykładach?
Swoją drogą, wywołałeś niezwykle interesujący temat, mieniący się dosłownie feerią barw i niezmiernie jestem ciekaw, jakie kolorystyczne wspomnienia lub skojarzenia mają nasi czytelnicy – zarówno te z odległej przeszłości, jak i te współczesne. Może złożą się one na nasz wspólny obraz – odbicie rzeczywistości, malowane pełną paletą barw?
Ale masz rację – już za chwilę wiosna, nie zwracając uwagi na naszą edukację plastyczną i zaszłości, przykryje wszystko zielenią. I całe szczęście.
Wojciech Fułek