W czasie, gdy prawie 2 miliony Polaków jest bez pracy, a kolejne 2 miliony wyjechało za chlebem za granicę, wydłużają się kolejki do lekarzy specjalistów, a Zakładowi Ubezpieczeń Społecznych grozi - jak wskazano w raporcie NIK-u – ogłoszenie niewypłacalności, Sejm RP na najbliższym posiedzeniu przeprowadzi ożywioną debatę na temat daty zakończenia II Wojny Światowej.

REKLAMA
Czterystu sześćdziesięciu posłów pochyli się z uwagą nad projektem PiS-u dotyczącym uchylenia dekretu Krajowej Rady Narodowej z 1945 r. ustanawiającego dzień 9 maja Narodowym Świętem Zwycięstwa. Przedstawiciele PiS-u uważają, iż zakończenie II Wojny Światowej nie było żadnym zwycięstwem, ale zastąpieniem hitlerowskiej okupacji sowieckim zniewoleniem. Prawicowi parlamentarzyści są również zniesmaczeni faktem, iż z formalnego punktu widzenia wciąż obowiązuje dekret podpisany przez Bolesława Bieruta, a za dzień zakończenia II Wojny Światowej uważany jest (podobnie jak w Moskwie) dzień 9 maja, a nie (podobnie jak w Europie Zachodniej) dzień 8 maja.
Wywód przeprowadzony w uzasadnieniu projektu PiS-owskiej ustawy jest niezwykle ciekawy i z pewnością mógłby zostać zaprezentowany na spotkaniu zjazdu weteranów II Wojny Światowej. Jednakże można zastanowić się, czy w sytuacji, gdy w Polsce wysokość comiesięcznych składek na ubezpieczenia społeczne płaconych przez przedsiębiorców przekracza 1000 zł, opiekunowie osób niepełnosprawnych dostają ledwie 520 zł tytułem specjalnego zasiłku opiekuńczego, a wg danych ZUS-u ponad 50 % emerytów dostaje świadczenie niższe niż 1800 zł miesięcznie (z czego wielu dostaje świadczenie niższe od wysokości minimum socjalnego), istotnie warto angażować komisje sejmowe, Biuro Legislacyjne i Biuro Analiz Sejmowych do wielotygodniowych prac nad redagowaniem i opiniowaniem projektów ustaw, o których z góry wiadomo, że nie wywołają żadnych skutków prawnych i gospodarczych.
Przecież wspomniany „dekret Bieruta”, który PiS chce uchylić i tak już od lat nie obowiązywał. W dniu 9 maja Polacy normalnie chodzą do pracy (oczywiście jeśli ją mają), a Narodowe Święto Zwycięstwa nie jest fetowane nawet na spotkaniach przyjaciół Polskiej Partii Robotniczej.
Nie przeszkadza to jednak posłom prawicy i lewicy prowadzić gorących sporów dotyczących poszczególnych zapisów pozbawionej znaczenia ustawy. SLD złożyło poprawki, by nie likwidować Narodowego Święta Zwycięstwa, lecz zmienić jego datę na 8 maja. Przedstawiciel każdej partii zabrał głos w tej sprawie, a każda podniesiona uwaga została starannie zaprotokołowana i zaopiniowana przez zespół sejmowych prawników w trakcie 3 kolejnych czytań projektu ustawy.
Nikt jednak nie dostrzega oczywistego faktu, iż niezależnie od tego, czy Sejm uchyli, czy tylko zmodyfikuje nieobowiązujący już dekret z 1945 r., to poziom życia Polaków pozostanie niezmieniony. Płace nie wzrosną, a pracy nie przybędzie, jeśli będziemy jako posłowie koncentrować się na sprawach pozbawionych praktycznego znaczenia (co regularnie czynimy na każdym posiedzeniu Sejmu). Przykładowo dwa tygodnie temu rozważaliśmy, czy lepiej ustanowić rok 2015 rokiem Jana Długosza, czy rokiem Polskiego Teatru Publicznego.
Oczywiście cenię Jana Długosza i Polski Teatr Publiczny oraz uważam, iż zakończenie II Wojny Światowej było doniosłym historycznie wydarzeniem, które miało miejsce 8 maja 1945 r. Sądzę jednak, iż wyborcy nie głosowali na nas po to, byśmy prowadzili w Sejmie kawiarniane dyskusje o wyższości historycznych kronik Jana Długosza nad sztukami wystawianymi w Polskim Teatrze (lub na odwrót).
Rozumiem, że znaczniej łatwiej jest napisać projekt ustawy dotyczącej spraw symbolicznych niż zmienić wadliwe prawo w zakresie edukacji, gospodarki bądź służby zdrowia. Jeżeli jednak większość sejmowa nie ma własnych pomysłów na rozwiązanie problemów kluczowych dla Polaków, to niech przynajmniej Marszałek Sejmu przestanie przetrzymywać w zamrażarce sensowne projekty zgłaszane przez mniejszość posłów zainteresowanych pracą na rzecz obywateli. Przykładowo minęło już ponad pół roku od pierwszego czytania proponowanego przeze mnie projektu ustawy o „firmie na próbę”, zgodnie z którym przez pierwsze 3 miesiące działalności firmy nie płaciłyby żadnych podatków (oprócz VAT-u) i nie miałyby żadnych wymogów biurokratycznych (oprócz wypełnienia jednego prostego druku).
Po cóż jednak dyskutować o problemach rynku pracy, skoro można sobie za pieniądze podatnika pogwarzyć o historii i sztuce?! Aż trudno nie powtórzyć za Marszałkiem Piłsudskim: „Wam kury szczać prowadzać, a nie politykę robić!”