Powstanie warszawskie było najkrwawszym i najbardziej tragicznym wydarzeniem w dziejach Polski. Anihilacja miasta i jego mieszkańców dała Polakom kolejny mit, który w swej pokrętnej logice zamienili w moralne zwycięstwo i celebrują niczym wygraną bitwę, zatracając przy tym istotę całej gehenny.
REKLAMA
Amerykański generał George Patton zasłyną kiedyś stwierdzeniem, że „na wojnę nie idziesz aby zginąć za ojczyznę ale po to aby tamci skur… zginęli za swoją”. Polacy w swojej historii pokazali, że dla nich wbrew tej teorii obiektem kultu zawsze staje się śmierć. Im bardziej efektywna i masowa tym większym cieszy się uznaniem.
Zarówno powstanie listopadowe jak i styczniowe zakończyło się klęską, przymusowym wysiedleniem, „zsyłkami” i sprowadziły na Królestwo Polskie falę totalnej rusyfikacji. Pamiętający o tym dowódcy AK i innych sił zbrojnych, podczas Powstania warszawskiego, postawili sobie za cel urządzenie piekła na ziemi. Stwierdzili, że wolą zrównać wszystko z ziemią, dać wymordować siebie i wszystkich w mieście byle nie dać „satysfakcji” wrogom.
Ich cel został osiągnięty. To co spotkało warszawiaków było gorsze niż spadające bomby na Hiroszimę i Nagasaki. Piekło powstania zebrało żniwo tak ogromne, że może równać się jedynie z eksterminacją Żydów w Auschwitz. W ciągu 63 dni wymordowano niemal całą ludność a centralna część miasta legła w gruzach.
To jacy zwyrodnialcy i najgorsze bydlaki dowodziły obleganym miastem najlepiej opisują wspomnienia cudem ocalałych i notatki oraz depesze. Ludność Starego Miasta była sparaliżowana strachem gdy dowiedziała się, że próby ewakuacji i ucieczki z miasta zakończą się jej eksterminacją przez własnych żołnierzy.
Powstańcy i werbowani do armii cywile byli wysyłani na akcje samobójcze, przy których historie o japońskich kamikadze wypadają blado. Centralne dzielnice pochłonęły walki bardziej krwawe niż te z okresu pierwszej wojny światowej na froncie francusko-niemieckim. To szaleństwo było tak przerażające i niewyobrażalne dla Niemców i Rosjan, że pierwsi zdecydowali się na całkowitą likwidację miasta wraz z mieszkańcami a drudzy nawet po wojnie nie odważyli się na tak represyjną politykę jaką stosowali wobec innych narodów.
Około 200 tysięcy ludzi zginęło w trakcie powstania. Zamiast potraktować ich ofiarę jako ostateczny akt narodowej manii, jako przestroga przed obłędem polskiego mesjanizmu budowanego przez wieki z największym nasileniem w okresie zaborów, Polacy popadli w zachwyt. Zbiorowe samobójstwo, ukoronowanie narodowego masochizmu stało się kolejnym powodem do dumy, z którym się obnosimy na świecie.
Legendarny Polak-psychopata, który idzie na każdą wojnę po to by dowieść kto jest najbardziej wojowniczym narodem, dostał mit, który przyćmił całą wojenną historię kraju, który stał się większym powodem do samouwielbienia niż zachwyt Napoleona czy niezrównoważonego Konstantego Romanowa.
Dzisiaj zatraceni w radości z obchodów powstania, które zamieniono w istną parodię dnia zadumy, Polacy opiewają odwagę zwyrodnialców, którzy skazali cywili na śmierć. Co gorsze przypadki patologicznych fanatyków już zaczęły się licytować, która dzielnica pokazała, że „ma większe jaja” – czego wyznacznikiem jest to gdzie zginęło więcej ludzi. Praga, na której powstanie trwało zaledwie kilka dni po czym zostało przez „zdrajców narodu” odwołane, jest omijana z daleka przy „należytej” pogardzie.
Skąd w Polakach ten obłęd? Przez tyle stuleci patriotyzm był dla Polaków wyznaczany w tysiącach zabitych. Przez stulecia nie wykształcił się w Polakach patriotyzm inny niż ten kultywujący śmierć. Gospodarka to coś czym Polacy gardzą. To nic, że doprowadziło to do upadku pierwszej Rzeczpospolitej. Tutaj liczą się wyłącznie emocje, skoki adrenaliny.
Wszyscy o tym dobrze wiedzą i wykorzystują do swoich własnych celów. Politycy upodlają coraz bardziej zdegenerowany motłoch, który od upadku PRL popiera zawsze tych, którzy mocniej zaatakują przeciwnika. Publicyści już dawno odstawili na bok ekonomię bo ta jest dla „ciemnego ludu”, czyli plebsu mniej atrakcyjna niż nazwanie kogoś warchołem lub zdrajcą.
Zakochani w nienawiści i kultywujący swój narodowy obłęd Polacy znaleźli sobie w końcu mit na miarę swoich potrzeb. Narodowe święto śmierci, które pokazuje, że nic nie sprawia tyle radości co doprowadzenie do ostatecznej zagłady wszystkiego i wszystkich. Przestroga stała się zachętą, szacunek dla tragicznie pomordowanych przeobraził w zachwyt dla „dzielnych chłopaków”.
Dwa powstania wielkopolskie, powstanie sejneńskie, Grunwald, Wiedeń, Kircholm, czy nawet Monte Casino, które ze względu na przelaną w nim krew i straty powinno uradować polactwo – nie, nic z tego. Trzy przegrane powstania, w tym te najgorsze, warszawskie – to są święta „Prawdziwego Polaka”, to są dni, w których leci kiczowata, patriotyczna muzyka, w których w telewizji leci okolicznościowy kabaret a ludzie cieszą się na ulicach. Kult przegranego, „moralnego zwycięzcy”, „mesjasza narodów” – to jest dla Polaków manną z nieba.
Nikomu nie przychodzi do głowy, że w tych wszystkich krajach, które uważane są za bogate i szczęśliwe, gdzie według Polaków żyje się dobrze, że wszędzie „tam” podstawą jest kult zwycięstwa. Nie „moralnego”, ale takiego prawdziwego, z wymiernymi skutkami. Ci wszyscy Niemcy czy Amerykanie, od których Polacy czują się o wiele lepsi, oni wszyscy świętują zwycięstwa a nie klęski. Tam ludzie mają do siebie samych szacunek, wierzą (pewnie często naiwnie), że im się uda. To jest podstawa.
Polacy natomiast żyją historią i to nawet nie tą chwalebną. Przez wieki wykształcił się u nich mechanizm nieprzyjmowania i nieakceptacji rzeczywistości taką jaka ona jest. Mogą zaakceptować bycie „najweselszym barakiem”, złodziejami i pijakami jak są często postrzegani poza granicami. Ważne by wszyscy wiedzieli kto tu jest największym chojrakiem i gdy przyjdzie odpowiednia chwila kto będzie „Frist To Fight!”
