
Szczypta sensacji, niedopowiedzenia, seksu i kontrowersji. Tak oto mamy gotowy materiał o „surfingu po polsku” autorstwa pana Jakuba Nocha. Czy polska „surf kultura” jest tak zdegenerowana i patologiczna jak pisze o tym autor artykułu?
REKLAMA
Na pierwszy rzut oka przyglądając się tekstowi, widać brak znajomości dość hermetycznego środowiska które ma swój kod zachowań, język czy style zachowania. Jakub Noch z niewiedzy lub z premedytacją (?) wrzuca do jednego worka (LINK do artykułu) tzw. sezonowców czy poszukiwaczy przygód seksualnych z tą częścią „surf kultury” – rozumianej jako wind czy kite surferzy, których bardziej niż tyłek lub cycki wystające z namiotu lub przyczepy kampingowej obchodzą warunki pogodowe – jak jest z wiatrem lub falą.
Następna rzecz która się rzuca w oczy, to spłaszczenie obserwowanego tematu w wyrywkowej części Półwyspu Helskiego. Zapytać wypadałoby czy poza campingami (z dużą ilością młodych ludzi szukających wakacji, imprez i seksu) autor sprawdził, dokonał wywiadu środowiskowego w pozostałej części Półwyspu czy innych miejscowości nad polskim morzem. Podpowiem mu, że pływanie na falach, w pogoni za wiatrem jest na prawie całej długości naszego wybrzeża. I nie odbywa się w tak tłocznych i jazgotliwych miejscach jak w miesiącach letnich. Ci akurat którzy zajmują się pływaniem a nie lansowaniem, nie szukają tłumów z prostej przyczyny. W tłumie gorzej pływa się na morzu czy też nie można odpocząć po intensywnym pływaniu. Poza tym, z prozaicznego powodu po dłuższych libacjach alkoholowo –narkotykowych po prostu nie chciałoby się nikomu poważnemu pływać. Jeśli są osoby które pływają „pod wpływem” tym bardziej zasługują na spojrzenie z dystansem, jako osoby niebezpieczne na wodzie lub mało ambitne (jako zawodnicy).
W kwestii poruszonego lansu i „kite-blacharstwa” nie szukałbym niezdrowych sensacji. Jak w każdej grupie ludzi czy też branży (np. dziennikarzy, piłkarzy czy marketingowców) są osoby które lepiej wyglądają niż się zachowują, czy w tym przypadku - pływają. Są bary, imprezowanie, namioty i przyczepy. Jest alkohol i używki. Bezpruderyjność posunięta do granic absurdu. Typowe dla modnych miejsc wakacyjnego wypoczynku,miejsc taniego lansu. Jest to jakiś margines środowiska, który jest dość owszem widoczny na kampingach, w restauracjach czy na brzegu podczas lansowania się swoim sprzętem. Najczęściej jednak te osoby poza bywaniem, z surfingiem (jakkolwiek go określimy) nie mają wiele wspólnego. To tak jak bym uogólnił przypadek łapówkarstwa w policji lub służbie zdrowia na jednostkowych przypadkach i rozciągnął na całą grupę zawodową. Alkoholowe zabawy gwiazd czy sportowców. Lub wziął Pański artykuł i powiedział „wszyscy dziennikarze nie są rzetelni”. Byłoby to zwykłą manipulacją z mojej strony.
„Wayfarery, longboard, kajty. Solar, namiot, ściągnij majty”? Przygody seksualne, panienki lekkich obyczajów w namiotach, wygłodniali seksu komputerowcy i prawnicy… jeśli szukają lansu i sposobu na wakacje, nikt im nie zabroni. Sezon letni, duże zbiorowiska ludzi, luz, młody wiek i hormony sprzyjają poluzowaniu obyczajów. Zastanawiam się tylko czy większe niż na pielgrzymkach do Częstochowy czy też dużych koncertach typu Woodstock. Sensacja? Nie, być może niektórzy bywalcy nadmorskich miejscowości tzw. sezonowcy potrzebują takich przygód. Ale nie uogólniajmy że jest to reguła. Lans „na serfera” nie jest niczym nowym, jakimś odkryciem na które wpadł pan redaktor. Funkcjonuje on już od dawna, na czym zarabiają sprzedawcy wszelkich drogich atrybutów takich osób. Atrybuty te jednak, nie sprawią że takie osoby stają się biegłe na wodzie. Może na płytkiej Zatoce Puckiej jeszcze sobie poradzą, ale jeśli przyjdzie większa fala lub wiatr i na wodzie są pustki. Wystarczy przyjechać na rzeczony Hel np. we wrześniu lub jesienią.
Powielany wizerunek i karykatura surfera: kite, wind jako osoby o beztroskim hobby na pięknych plażach, z dziewczynami, drinkami i jointami ma się nijak do rzeczywistości. Zwłaszcza w części zawodniczej czy osób o większych ambicjach niż ciągłe imprezowanie czy bywanie w namiotach i na kampingach. By dojść do pewnego poziomu zaawansowania (surf, sup, wind czy kite) trzeba naprawdę wiele poświecić. Mówić tu można o miesiącach spędzanych na wodzie ale i poza nią jest to trening i utrzymywanie dobrej kondycji przez cały rok. Są to też kontuzje, które są nieodzowną częścią każdego sportu. I wreszcie cała gama wyrzeczeń – rodzina, czas i środki finansowe. Które w całości pochodzą z własnej kieszeni lub rodziny. Przyrównywanie lanserów do osób które ciężko pracują cały rok, by przez 2-3 miesiące w roku pływać jest też trochę nie na miejscu. Szkoda że w zestawieniu przepytanych w materiale osób o lekkich obyczajach, nie pokazano i tej części „polskiego surfingu”. Budowa takiego wizerunku, jak w artykule nie pomaga też zawodnikom kite czy wind surfingu. Np. czołówka polska, to co robi - robi tylko z własnych środków. Znalezienie sponsora na dłuższy termin graniczy z cudem. A organizacja zawodów przez sponsora, urasta do rangi wydarzenia.
A jeśli już mówimy o „pure surfing”, rozwija się on także nad polskim morzem. Fascynatów tego sportów można np. spotkać we Władysławowie, na wysokości kampingu Solar czy CH3 (na dniach odbyły się 7 mistrzostrwa Polski w surfingu). Do wiadomości pana redaktora, bardziej ambitną część surferów – wind & kite spotkamy wczesną wiosną lub podczas jesiennych sztormów na Bałtyku. Wtedy nikt nie mówi o lansie, nie zajmuje się domniemanymi przygodami seksualnymi (które są prywatną sprawą człowieka a nie obiektem taniej jarmarcznej sensacji). Człowiek obcuje z morzem, wiatrem i falami. Ciekawym, czy i o tej części „polskiego surfingu” Pan redaktor ma świadomość?
PS. Artykuł wywołał wiele kontrowersji, zwłaszcza w opisanych przez Jakuba Nocha środowiskach. Dodatkowo, ilustracja artykułu fotografią (pierwotna wersja) zawodnika Michała Koczorowskiego była naruszeniem wizerunku sportowca, osoby i wystawieniem na szwank tego co osiągnął w zestawieniu z tezami artykułu oraz jego wydzwięku.
Kto może być zadowolony z artykułu? Restauratorzy, właściciele hoteli, pensjonatów i kampingów, może kiepskiej jakości szkółek wind & kite. Być może sprzedawcy lansiarskich ubiorów. Skoro pokazano prosty mechanizm na sex turystykę nad polskim wybrzeżem – na Półwyspie Helskim. Wszyscy Ci wymienieni, mogą w przyszłym roku podziękować Jakubowi Nochowi, spragnionych seksu i przygód sezonowych turystów. Może taki był cel tego artykułu?
Co do cytowanych osób w artykule, Panu Remkowi poleciłbym wizytę w najbliższym miejscu w którym urzędują tzw. „profesjonalistki” - w Gdańsku jest ich dość dużo, z racji miasta portowego. Na pewno osiągnie Pan większe ROI (zwrot z inwestycji), niż 2 miesięczne lansowanie się na Półwyspie. Prawnik jako znawca surfingu i obyczajów? Surferem się jest całe życie, a nie przez 2 miesiące lansu. Natomiast młodej adeptce kitesurfingu, Monice mogę powiedzieć że ma smutny żywot jeśli za szczyt lansu uznaje bycie „amatorską mewką namiotową” (dla mniej uświadomionych mewka = profesjonalistka)
PS2.
Od trzech lat kitesurfing a od roku wakeboarding jest moją życiową pasją, gdzie normalnie w międzyczasie pracuje, mam życie prywatne. Mnie osobiście kite(surfing) kojarzy się z innymi rzeczami niż wspomnianymi w artykule, pomógł w życiu gdy byłem na rozstajach. Podjąłem decyzję o zmianie swojego stylu życia. Czytając taki tekst jak pana Jakuba Nocha widziałem jakiś inny obraz ludzi, miejsc i sytuacji jakie znam z autopsji. Tak są miejsca dziwne, dziwne zachowania ludzi (bardzo podobne do tego co pan redaktor napisał, patologie które mnie osobiście denerwują, ale także bawią czy śmieszą) ale wkładanie wszystkich do jednego worka jest postępowaniem mało fair.
Od trzech lat kitesurfing a od roku wakeboarding jest moją życiową pasją, gdzie normalnie w międzyczasie pracuje, mam życie prywatne. Mnie osobiście kite(surfing) kojarzy się z innymi rzeczami niż wspomnianymi w artykule, pomógł w życiu gdy byłem na rozstajach. Podjąłem decyzję o zmianie swojego stylu życia. Czytając taki tekst jak pana Jakuba Nocha widziałem jakiś inny obraz ludzi, miejsc i sytuacji jakie znam z autopsji. Tak są miejsca dziwne, dziwne zachowania ludzi (bardzo podobne do tego co pan redaktor napisał, patologie które mnie osobiście denerwują, ale także bawią czy śmieszą) ale wkładanie wszystkich do jednego worka jest postępowaniem mało fair.
PS3.
Też chodzę w wełnianej czapie, nie z lansu ale z wygody jak mi zimno w głowę po dobrym pływaniu lub siedzę w zimnej przyczepie na majówce. Włoski mam dłuższe na głowie i bardziej blond. Takie style i mój wybór
Też chodzę w wełnianej czapie, nie z lansu ale z wygody jak mi zimno w głowę po dobrym pływaniu lub siedzę w zimnej przyczepie na majówce. Włoski mam dłuższe na głowie i bardziej blond. Takie style i mój wybór
Może, czytając te słowa znajdzie Pan redaktorze Noch na tyle odwagi cywilnej iż przygotuje rzetelny artykuł o pasjonatach sportów wodnych w Polsce, będących częścią "surf kultury"
