
Przecież to koszmarnie nudny sport. Bardziej nudne jest chyba tylko przemierzanie kolejnych długości zatłoczonego basenu w czepku i obcisłych slipkach. Wcale nie chcę przekonywać, że bieganie oferuje momenty uniesień, porównywalne na przykład do chwil, które przeżywa surfer, kiedy złapie falę. Bieganie nie oferuje też poczucia przynależności do tak atrakcyjnej subkultury jaką jest subkultura surfujących na desce. Skąd te porównania do surfingu? Bo właśnie jestem w Maroko, nad wybrzeżem Atlantyku i łapię nową zajawkę. Deski na dach samochodu, podróżowanie od spotu do spotu, szukanie fali, wszystko w pełnym słońcu. I ta cała otoczka – sprzęt, gadżety, shiny happy people…cholera, rewelacja.
Na koniec najważniejsze. Bieganie ma być PRZYJEMNOŚCIĄ. Nie chcę katować się rygorami treningu, restrykcyjną dietą, fachową literaturą. Nie chcę też obkładać się gadżetami. O tym wszystkim tutaj nie przeczytacie. Wielu moich znajomych zabija w ten sposób piękno tego banalnego sportu i często zniechęca się w końcowym rachunku.
MUSZĘ biegać codziennie rano.
