O autorze
Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego; sędzia w latach 70-tych; delegat na I Krajowy
Zjazd „Solidarności” - współautor projektu Posłania do Narodów Europy Wschodniej, internowany w stanie wojennym; senator I i II kadencji, współzałożyciel Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej, współautor reform administracji publicznej w latach 90-tych; sędzia Trybunału Konstytucyjnego (prezes w latach 2006-08); obecnie nauczyciel akademicki w Uczelni Łazarskiego - twórca programu pierwszych w Polsce studiów Master in Public Administration; autor licznych publikacji dot. konstytucjonalizmu, administracji publicznej, historii; felietonista „Gazety Prawnej”; członek Polskiego Stowarzyszenia Jazzowego

Powstanie Warszawskie

Dziś słyszałem w dyskusji radiowej wypowiedź dziennikarza, który urodził się w latach sześćdziesiątych: Powstanie nie mogło nie wybuchnąć. Ale Wiesław Chrzanowski, uczestnik powstania, wielokrotnie powtarzał: byliśmy przecież żołnierzami - gdyby nie było takiego rozkazu, nie rozpoczęlibyśmy walki.


Niestety, nie sprawdzimy nigdy jak potoczyłaby się historia, gdyby rozkazu o wybuchu nie wydano. Historia alternatywna to przecież tylko rodzaj intelektualnej zabawy, bo nawet nie gry, w której można puszczać wodze fantazji ze świadomością, że nie ponosi się żadnej odpowiedzialności za skutki alternatywnie kreowanych faktów.


Od tworzenia równoległych projekcji historycznych natomiast już tylko krok do stawiania się w roli sędziów i wydawania wyroków na osoby, które podejmowały rzeczywiste decyzje w realnym świecie – najczęściej bez wysłuchania argumentów, które przytoczyłyby na swoją obronę, gdyby konkretne zarzuty im postawiono.


Ostatecznie nikt z podejmujących decyzję o rozpoczęciu Powstania Warszawskiego nie został formalnie w Londynie oskarżony. Nawet gdyby udowodniono ponad wszelką wątpliwość, że naruszono obowiązujące wówczas procedury podejmowania decyzji, to zestawienie tych naruszeń ze skalą skutków jakie te decyzje za sobą pociągnęły nakazywałoby zachować pokorę. Nikt chyba nie mógł sobie wyobrazić następstw 1 sierpnia. Jaka byłaby wymowa takiej odpowiedzialności? Jak na tym tle przedstawialiby się nam dzisiaj realni sędziowie z tamtego czasu?


Czy zatem jesteśmy bezradni wobec historii? Czy jesteśmy skazani jedynie na beznamiętny opis zdarzeń? - ukazywanie motywacji głównych jej aktorów? – wykrywanie ukrytych mechanizmów, które działają w jakiejś głębszej warstwie zbiorowych zachowań?

Ale najgorszą rzeczą byłoby patrzenie na historię jako na zbiór mitów, które mają budować zbiorową tożsamość. A na własne uszy słyszałem jak mówił dzisiaj w radio popularny dziennikarz ( z wykształcenia fizyk): jeśli historia nie tworzy mitów, to traci swój sens…

Uprawianie prawdziwej historii, a na szczęście uprawianie prawdziwej nauki nigdy nie będzie demode – jest w każdym pokoleniu niezbędne. Mówi się nawet, że każde pokolenie musi historię napisać na nowo.

To oczywiste – musi znać przeszłość, by nie popełniać ciągle tych samych błędów. Historia jest zawsze nauczycielką życia - tyle, że nie zawsze jesteśmy wystarczająco dobrymi jej uczniami.

Ale pewne nauki jednak z czasem się na tyle upowszechniły, że stanowią współcześnie już kanon zachować. Z powiedzenia „wojna jest sprawą zbyt poważną, by powierzyć ją wojskowym” – zrodziła się z czasem mądrość cywilnej kontroli nad armią, co jest standardem współczesnego państwa demokratycznego. Ta maksyma wypowiedziana w 1919 r. przez G. Clemenceau, będąca rezultatem głębokiego doświadczenia, z trudem przebijała się w tamtym czasie do Polski.

Oficerom II Rzeczypospolitej nie mogło pomieścić się w głowie, że po prostu mogą nie mieć racji. Tylko niektórzy wahali się w maju 1926 r. – zasadnicza część do zamachu parła, albo go co najmniej popierała. Jeszcze w 1981 r. poważna część naszego społeczeństwa ratunek mimo to widziała w mundurze – z skutkiem wiadomym. Jeszcze przez kilka pierwszych lat III Rzeczypospolitej z trudem godzono się na przykład, że ministrem obrony narodowej może nie być generał.

Myślę czasami, że kult Orląt Lwowskich w międzywojniu musiał rodzić w kolejnych pokoleniach młodzieży chęć uczestniczenia w zbliżonym czynie właśnie w Sierpniu ’44. Swoją drogą, jako dwunastoletni harcerz składający przyrzeczenie w 1956 r., naprawdę miałem pretensję do Pana Boga i do wszystkich po kolei, że przyszło mi urodzić się już wojnie – najchętniej poszedłbym do lasu już w 1863 roku… a szablę austriackiego oficera piechoty wzór właśnie 1863, która w 1914 r. trafiła z demobilu w ręce pewnego legionisty przechowuję oczywiście jako domową relikwię. No bo kochał się w 1916 r. w Sandomierzu w mojej przyszywanej cioci Maniusi Siweckiej, która mi tę szablę podarowała, a właściwie przekazała.

Tak to już z nami jest…Co więcej - co raz częściej dochodzę do wniosku, że sam siebie nie jestem w stanie zrozumieć bez zrozumienia atmosfery końca XVI wieku, z czasów bezkrólewia po śmierci Zygmunta Augusta…

Ale gdyby nie te wszystkie doświadczenia, może dalibyśmy się sprowokować w czasie konfliktu bydgoskiego w marcu 1981 roku? I tym samym zaprzepaścili nasz Sierpień?

Nie sądźmy więc poprzednich pokoleń – bądźmy im wdzięczni za to wszystko czego doświadczyli sami i niejako w naszym imieniu i za nas… Bo nikt za nas naszego życia nie przeżyje.

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...