Wszyscy jesteśmy dziś mądrzy. Po wyborach, bo w trakcie kampanii, a jeszcze grubo przed nią komentatorzy grają w swoje gierki, media żerują na spektakularnych awanturkach, a politycy robią swoje. A z grubsza na całym świecie to samo: próbują utrzymać lub zdobyć władzę. A jak często myślimy o emocjach ludzi, którzy w normalnej demokracji o wyniku wyborczym zadecydują?

REKLAMA
Jarosław Kaczyński właśnie o tym, prawdziwie ludzkim, elemencie walki o władzę przez lata myślał i wymyślił. Emocje wyborców to klucz do zwycięstwa. W dodatku wiedzę na ten temat posiadł w sposób na tyle wnikliwy, aby swoją życiową partię rozegrać po mistrzowsku. Chciał, nie chciał, należy mu się za to podziw. Nawet mój, choć nigdy sympatią do zwycięskiego dziś ugrupowania nie zgrzeszyłam. Aby nie być gołosłowną: współczucie, żal, zemsta (Smoleńsk), lęk (spiski), zawiść, poczucie niesprawiedliwości („oni” mają lepiej), itd, itp. Na tych nutach zagrał nad-szef naszego państwa.
A co naszymi emocjami zrobiła rządząca Platforma Obywatelska? Zacznijmy od charyzmatycznego guru, który po prostu zniknął. Donald Tusk, niczym mag wielkiej klasy, zaczarował, ale już jak amator rozczarował. Profesjonalni czarodzieje wiedzą, że istotą magicznego przedstawienia jest tzw. prestiż: jest królik, królik znika, ale w finale wyskakuje z kapelusza. Publiczność przeżywa po kolei zaciekawienie, strach (gdzie jest królik?) aż w końcu wielką ulgę. Bez tej fazy każdy show jest klapą. Donald Tusk nas tej ulgi pozbawił, a swoich wyborców porzucił niczym nieudany tata - wielu poczuło zawód i odrzucenie. Zostali w fazie lęku - co dalej? To właśnie Ci ludzie zostali dzisiaj w domach, choć kilka lat temu maszerowali na wybory z uśmiechem na ustach.
Premier Kopacz, choć wykazała się imponującą siłą i pracowitością nie była w stanie dotrzeć do emocji tych Polaków, którzy tęsknili za polityką miłości.
Ludzie słabsi, biedniejsi, mniej zaradni, chorzy przez kilkadziesiąt lat naszej wolności nie poznali swojego „taty”. Nie powstała w Polsce lewica zdolna do choćby jej udawania. Postkomunistyczne popłuczyny bawiły się w najlepsze, ale między sobą.
Lewicy w Polsce nie ma.
A tak na zdrowy rozum, państwo w którym rządzą liberałowie musi posiadać przeciwwagę, bo jednak nie każdy jest zdolny znaleźć pieniądze na ulicy i zrobić z nich należyty użytek. Nie wszyscy kochamy banki, korporacje, a wielu z nas bardziej kocha sztukę od wypchanej kiesy. Wolność to wartość, która pozwala na godne życie każdemu obywatelowi, także temu który w liberalnym świecie swojego miejsca nie znajduje. I boi się, najczęściej o to, jak długo jeszcze będzie żył, skoro na to marne życie go nie stać.
I wracamy do PiS-u. Tu właśnie znalazł się „obrońca” pokrzywdzonych. Lęk, frustracja, bezsilność, złość - wszystko to co rodzi się w duszach i głowach odrzuconych przez system, to doskonała pożywka do wszelkiej manipulacji. Nie wierzę Kaczyńskiemu, kiedy mówi, że nie będzie się mścił. Choć może przyjąć taką pozę, to dał już wystarczające przyzwolenie na to, aby sąsiad mścił się na sąsiedzie.
Wojna polsko-polska właśnie weszła w decydującą fazę. Boję się jej.
Przyjaciel „nawrzucał” mi wczoraj od idealistek. Ma rację, bo to mądry człowiek jest, więc nie pakuję walizek. Żyję dalej, z naiwną wiarą w rozmowę, w dialog, umiejętność słuchania. I w uśmiech - nie ten z magicznej sceny, tylko z osiedlowego sklepiku.