Jedenaście lat temu na Polanie Jakuszyckiej odbyły się Mistrzostwa Świata Juniorów w Narciarstwie Klasycznym. Nie mam zbyt wielu wspomnień. Może prócz 18stki, którą świętowałam kilka tygodni wcześniej w Szklarskiej Porębie:). Pamiętam za to duże poczucie bezradności, które w biegach w Polsce królowało od wielu lat...
REKLAMA
Zacznę jednak od początku.. Mojego początku. We wrześniu 1999 r. Polski Związek Narciarski zatrudnił na stanowisku trenera Aleksandra Wierietielnego (Rosjanina z polskim paszportem - tak, mój Trener nie jest ani Białorusininem, ani Ukraińcem, ani Kazachem, jak wielokrotnie zdarzało mi się czytać w polskiej prasie). Miał bardzo ciężkie zadanie. Polskie biegi już praktycznie nie istniały. Nie było bazy, zawodników, sprzętu, środków i ośrodków. Powołano do kadry szesnaście osób, z których Trener miał wybrać 10-osobową grupę. Wśród nich ja (najmłodsza), Maciek Kreczmer i liderzy: Dorota Kwaśny- Lejawa i Janusz Krężelok.
Zaczęliśmy pracować. Dorota i Janusz - Olimpijczycy, przewyższali nas pod każdym względem, było się na kim wzorować.
Można by tragikomedię stworzyć, opisując nasze perypetie:)
Byliśmy "krajem egzotycznym". Jeździliśmy na zawody i zgrupowania wiele tysięcy kilometrów wysłużonymi busami, upchani jak sardynki w puszce:) Mieszkaliśmy w bardzo różnych miejscach, piliśmy wodę z sokiem na treningach (izotonik to luksus zbyt drogi). Fizjoterapeuta? Nawet nie wiedziałam, kto to taki. Sprzęt? Nartorolki ciut niebezpieczne (kółka im się zacierały najczęściej na zjeździe asfaltowym przy prędkości przynajmniej 50km/h), ale tanie za to. Narty? Jedna para do łyżwy, druga do klasyka. Wystarczało, musiało wystarczać. Ubrania? Cóż..Nasze przy minus 5 stopniach już nie chroniły. Odmrożone dłonie i stopy? To właśnie z tego okresu.
A z drugiej strony trening, który z roku na rok sprawiał coraz więcej przyjemności:) Pochwała Trenera- bezcenne!! Powoli podwyższaliśmy swój poziom. Najpierw zwycięstwa nad Słowaczkami, Czeszkami, potem coraz lepsze (niższe) fis-punkty na ważniejszych zawodach. Trener o nas walczył. Ryzykował utratą pracy, żeby stworzyć dla swoich zawodników jak najlepsze warunki do treningów i regeneracji. Nic jednak nie otrzymaliśmy w formie kredytu zaufania, na wszystko wcześniej trzeba było zapracować. Nowa, cieplejsza kurtka, ubranko startowe, strój treningowy na duże mrozy, bielizna termiczna, rękawiczki... Jakaż to była radość!! Nie mieliśmy żadnych pieniędzy. Nie było stypendium. Nasze rodziny też borykały się z dużymi trudnościami finansowymi. Dla Doroty i Janusza to była bardzo trudna sytuacja, mieli już swoje rodziny. My, młodsi, nie zwracaliśmy na to uwagi. Ważne, żeby było za co kupić czekoladę i raz na tydzień zadzwonić zza granicy do domu..:)A jak już się uzbierała jakaś konkretna suma, to jedynym na co ją wydawaliśmy, był sprzęt. Czapeczki, okularki itd..
Wyjazdy były długie, trzytygodniowe (bo jak już jechać tak daleko, to niech to da dobry efekt). Z roku na rok mieszkaliśmy w lepszych miejscach, mogliśmy sobie pozwolić na więcej. Sprzęt w pewnym momencie zaczęłam otrzymywać bezpośrednio od firm, na podstawie kontraktów, które podpisywałam. Nie zarabiałam na tym ani grosza, ale za to miałam zupełnie za darmo kilka nowych par nart, kijów czy butów rocznie. Na IO w Turynie przyjechaliśmy z trzema parami nart do stylu klasycznego i czterema do łyżwowego i nadziejami na dobry wynik. Sezon przygotowawczy poprzedzający IO był najcięższym w mojej karierze, nie tylko ze względu na dyskwalifikację (ogromnie DZIĘKUJĘ za wiarę we mnie śp. Piotrowi Nurowskiemu), ale ogrom pracy, który w niego włożyliśmy. Brązowy medal zmienił wiele, choć trudności wciąż były wielkie.
Jedenaście lat temu na Polanie Jakuszyckiej w swoim najlepszym starcie upasowałam się w czwartej dziesiątce.
Po jednym z biegów Trener uścisnął mnie i powiedział, że jeszcze kiedyś wygram takie zawody. Po 5 minutach opieprzył za to, że chodzę w crossówkach po śniegu i że zachoruję:) Nie miałam wtedy butów zimowych, wolałam kupić porządne do biegania. Na dwie pary nie wystarczyło..
Droga, którą z Trenerem przeszliśmy, nie była łatwa, ale nigdy nie chciałabym w niej nic zmienić!!!
Przerobiłam wszystkie etapy, od ostatniego miejsca (Val di Fiemme 15km styl łyżwowy MŚ do lat 23), po wspaniałe i seryjne zwycięstwa. Na wszystko bardzo ciężko zapracowaliśmy. Sprawia nam to wielką satysfakcję. Od paru lat nasza drużyna jest wieksza. Moi niezawodni serwismeni Are Mets, Peep Koidu, Rafał Węgrzyn i Mateusz Nuciak mają tę samą determinację i, choć ich warunki pracy w porownaniu ze skandynawskimi kolegami są wręcz amatorskie, nigdy nie marudzą, tylko starają sie "przeskoczyć" własne możliwości.
Jedenaście lat temu niewielka garstka ludzi w Polsce wiedziała, co to są biegi narciarskie. W piątek i sobotę mogłam gościć na Polanie Jakuszyckiej kilka tysięcy wspaniałych kibiców, przed telewizorami nasze zmagania obejrzalo parę milionów widzów. Dziękuję! To najwspanialsza nagroda, o jakiej mogłam śnić. A owacji, która wybuchnęła na Polanie, kiedy pojawiłam się na rozgrzewce przed piątkowym sprintem, nigdy nie zapomnę..
Nartki są całym moim życiem, stąd te łzy..
