Siedem wielkich kupek, pośrodku ja z kieliszkiem wina i trzy różnej wielkości walizki. Uda się wszystko upchnąć? No szkoda, że to nie wideoblog, bo nawet największym dziś smutasom buzia by się rozchmurzyła. Przynależność do kupki jest ściśle określona, bo mam tu : odzież sportową, obuwie, normalne ubrania, książki, batony i proszki izotoniczne, kosmetyki i szeroko pojęty dział justysiowych niezbednikow:) Normalnie upakowanie nie stanowi problemu . GL spokojnie mieści wszystkie te moje klamoty. Tym razem jednak autko zostaje w garażu , a ja ruszam na drugi koniec świata, gdzie dodatkowo panuje zima. I jeszcze ten limit wagowy...Brrr:)

REKLAMA
Przyjrzyjmy się zatem kupkom..
Nr 1. Odzież sportowa. Rachunek prosty. Mam zazwyczaj trzy treningi dziennie, więc potrzebuję trzech pełnych zimowych kompletów. Dodatkowo dwa, gdyby poprzednie nie zdążyły wyschnąć, lub zaszła jakaś potrzeba zmiany w trakcie treningu ubioru na kompletnie suchy. Kurtka zimowa. Strój przeciwdeszczowy i na siłownie. Czapki, rękawiczki, bielizna termiczna, ubranka startowe. Tu nic miejsca nie zaoszczędzę. Jedziemy dalej..
Nr 2. Buty. Absolutne minimum to cztery pary narciarskich, dodatkowo crosowki, crosowki z kolcami do biegania po lodzie, klapki, rowerowe, balerinki, szpilki - nigdy nie wiadomo, kiedy się przydadzą, więc trzeba mieć zawsze:).
Zimowe odpuszczam, za co pewnie opieprz od Trenera zgarnę.
Nr 3. Książki. Dziś nazbierało się dwanaście sztuk i kilka tygodników. Tu żadnych negocjacji nie ma:) Wszystkie lecą. Będę na końcu świata dosłownie i w przenośni przez miesiąc, dodatkowo dwa razy po czterdzieści godzin w podróży. Coś muszę czytać. Lądują w bagażu podręcznym.

Nr 4.
Odzież tzw. normalna. I tu musiałam wprowadzić największe restrykcje, niestety. Zostały dwie pary jeansów, trzy fajne koszulki, dwa sweterki, jeden ciepły golf. Sukienka elegancka (z czymś trzeba te szpilki ubierać), szorty. Dodatkowo bielizna itd.. Płaszczyk zimowy zostaje, szkoda.

Nr 5.
Batony i proszki izotoniczne dla mnie i dla Maćka. To zrozumiałe. Jedzonko i proszek do rozpuszczania, żeby było co na treningach pic..:)
Nr 6. Kosmetyki. Z bólem serca okroiłam ten zestaw do minikremików. Na miejscu kupi się resztę.
Nr 7. Niezbędniki:) Sterta największa.Tłumaczyć nie trzeba. Każda kobieta zrozumie, że to święta kupka, nienaruszalna i pełna zupełnie nieprzydatnych drobiazgów:) Leci w całości!
Teraz wszystko do walizek. Szybko i sprawnie, ale i dokładnie. Każdy milimetr musi być wykorzystany. Oj, zamek się nie dopina.. Nic strasznego, przykrywam klapę, przygniatam, przyciskam, siadam na tym, naciągam- dobra, parę razy sobie przeklnę, i jeśli zamki nie trzasną, to wszystko powinno działać.
O wadze nie piszę, to drażliwy temat..:)
Tak to zazwyczaj wygląda. Trwa około trzydziestu minut. Po latach pakowania mam ogromną wprawę.
A czego najbardziej nie mogę się doczekać? Aż za miesiąc znów zalegnę na kanapie u Rodziców i będę sobie spokojnie jakiś tekst pisać. A potem Tatry. Wytęsknione treningi. Ścieżkę rolkową kilka dni temu w Zakopanem wytestowałam. Dobry asfalt, czyściutko, krawężników brak, nawet mniej ślepych na wszystkie znaki i zakazy spacerowiczów. Dziękuje. Choć to jeszcze daleko do trasy nartorolkowej z prawdziwego zdarzenia, to jednak pozytywny kroczek ku temu, żeby ją w końcu zbudować:) Jestem pewna, że ten wrześniowy obóz pod Tatrami będzie bardzo ciężki, ale i fajny.
A póki co trzeba lecieć znów na koniec świata...