Nie zgadzam się z tezą, że nie stać nas - Polaków na sport wyczynowy. Nie zgadzam się nie dlatego, że sama jestem sportowcem, bo zostałam nim niejako dzięki szeregowi wspaniałych zbiegów okoliczności i dziesiątkom wykorzystanych szans. Za to sportowym fanatykiem się urodziłam:). Nie zgadzam się dlatego, bo uważam, że nie stać nas na leczenie chorób cywilizacyjnych – otyłości, chorób układu krążenia, nerwic, depresji itd. Nie stać nas na utrzymywanie trzydziestokilkulatków co to o życiu wszystko wiedzą, wszystko zrobili i nie pozostało im nic innego tylko brzuszek hodować i klikać w klawiaturę.

REKLAMA
Uważam, że my- sportowcy mamy swój duży wkład w budowaniu świadomości o tym, że zrównoważony wysiłek fizyczny przynosi zdrowie i lepsze samopoczucie. Skąd ta zuchwałość? Przychodzą do mnie listowne dowody bez przerwy:) Wystarczający argument. Największy zaszczyt. Wyróżnienie. Sukces. Bo medale, satysfakcja, sława przemija, a czyjeś zdrowie jest bezcenne. Po prostu.
Patetycznie się zaczęło. Daj spokój mądralo, fanatyczka jest fajniejsza... Triathlon za nami!! Ula la la.. Nie mogę się powstrzymać, muszę opowiedzieć:) Ze względów finansowych oficjalne zawody się nie odbyły. Ale dla chcącego nic trudnego. Sami zorganizowaliśmy. Na starcie stanęło sześć osób. Dwóch Rosjan, dwoje Nowozelandczyków, Maciek i ja. Wszystko na wariackich papierach. O dziewiątej miał być start, a o ósmej trzydzieści tylko jedna osoba wiedziała w którą stronę pobiegniemy. Wiec na początek wielkie tłumaczenie - ok, może się nie pogubimy, jakby co, to szukamy się w barze na kawie za najdalej dwie godziny:)
Zaczęliśmy od crossu. Trzy pętle po dwa kilometry. Śniegu po kostki, miejscami po kolana. Grząsko jak cholera. Bardzo strome zbiegi i podbiegi. Od razu odpadli Nowozelandka i jeden z Rosjan. Na początku drugiego koła zaatakowałam. Zostaliśmy sami z Maćkiem. I tak wspólnie sapaliśmy prawie do końca, choć nie wytrzymałam- Maciek mnie odbiegł na kilka sekund. Nic powiedzieć, że wyciągnęłam na tym crossie tętno zupełnie nieosiągalne od jakiś dwóch miesięcy. I o to właśnie chodzi - domęczyć się do granic:)
Następny był rower. Ze względu na bardzo miękki śnieg nie mogliśmy jeździć po terenie Śnieżnej Farmy. Cel to oddalony o jakieś 5km Snow Park (i z powrotem oczywiście) po drodze gruntowej. Albo na łeb na szyje w dół albo prosto do nieba:) Uwielbiam błotko, naprawdę. Ale tony błota pośniegowego, które zblokowały zupełnie łańcuch robiły średnie wrażenie. Już wiem dlaczego drogowcy najbardziej ostrzegają właśnie przed takimi warunkami! No i mój rower do dziś niezawodny targałam za sobą dwa kilometry pod górę. Oj rozmówimy się, jak tylko odpocznę:) Maciek odjechał w błotną dal!
Na sam koniec nartki. Dwa koła po cztery kilometry. Miała być formalność. Maciek daleko, Rosjanin też daleko z tyłu. Przy zmianie butów palce rąk były tak zamarznięte, że niemożliwością było zawiązanie sznurówek.Więc nie związałam. Ból piszczeli na własne życzenie.
Ładnie poszło. Wszystkie cele osiągnięte. Umęczyłam się pierwszorzędnie, uśmiałam jeszcze bardziej. W promocji maseczka błotna z domieszką wiatru i słońca, wierzcie mi w najlepszych salonach kosmetycznych takiej na próżno szukać:)
Muszę coś podobnego jeszcze przed sezonem wymyślić, bo to wielka frajda. Bo to coś za co sport wprost uwielbiam:) Spróbujcie!
PS. Obóz numer 5 zakończony. Było kciukowo, gwieździście, pracowicie, filmowo,oczekująco, wesoło. A dziś pożegnania. Nastia Kuzmina właśnie pojechała, my ruszamy o piątej rano, Rosjanie o szóstej. To był dobry miesiąc. A teraz czas sobie polatać i lotniska pozwiedzać:)