O autorze
Justyna Kowalczyk. Polska Królowa Zimy. Jedna z najwybitniejszych zawodniczek w historii polskiego narciarstwa biegowego. Jej największe sukcesy to: złoto olimpijskie z Igrzysk w Vancouver, dwa złote medale Mistrzostw Świata w Libercu. Jako pierwsza biegaczka w historii wygrała 3 razy z rzędu prestiżowe Tour de Ski. Ma na koncie także 3 Puchary Świata oraz 3 tytuły Sportowca Roku w plebiscycie "Przeglądu Sportowego".

Szlachetne zdrowie

Lotniska jesienną i zimową porą kojarzą mi się z jedną wielką kupą bakterii i wirusów:) Bez przerwy ktoś kaszle, kicha. Na dodatek klimatyzacja. Brrrrr.. Wiem, wiem to paranoja. Tylko, że mając świadomość, że w biegach narciarskich niewielki katar może zniweczyć wielotygodniowy (czasem wieloletni) trud, nie sposób nie mieć przygotowanych czarnych scenariuszy.



I tak jestem w tym temacie jedną z najbardziej wyluzowanych biegaczek z czołówki. W obozach skandynawskich, gdy zbliża się główna impreza, zawodnicy nie spotykają się z nikim, kto nie jest członkiem drużyny. Posiłki spożywają w rękawiczkach, witając się nie podają ręki, że o koleżeńskiej buźce nawet nie wspomnę. Gdy ktoś w teamie się przeziębi, niezwłocznie jest przenoszony do innego hotelu. Pełen profesjonalizm - pozazdrościć.


Ja tak nie potrafię. Jasne - czapka, zawsze nawilżone powietrze w pokoju, spanie w zimnym pomieszczeniu, czosnek, przebieranie się bezpośrednio po treningu, gorący prysznic, niedoprowadzenie do przegrzania, szczepienia itd.. Trzeba się pilnować, ale bez przesady! Mam to szczęście, że mimo iż bardzo chorym maleństwem byłam, Rodzice nie sfiksowali i nie wychowywali mnie w sterylnych warunkach. Wszystko ładowałam do buzi, a że małą twardzielką byłam, wiele razy zmarzłam i przemokłam, bawiąc się do oporu na polu. Zresztą, w Beskidach na wsi ludzie się głupotami nie przejmują i słusznie. Nabrałam odporności (choć wydawało się, że daleko nie pociągnę) i dystansu:))


Dziś, gdy ktoś z mojej drużyny choruje, to pierwsza biegnę go "leczyć". Zwłaszcza jak Trenera dopadnie. Bo Trener jak chory, to zły:) Trzeba szybko wypędzić bolączki.

Odpukać, ale z tymi sezonowymi niedomaganiami od czterech lat jest całkiem znośnie. Wiosną zazwyczaj dopadają tak, że ciężko się ruszyć. Wydaje mi się, że to podświadome przyzwolenie organizmowi na słabość po wielu miesiącach niezwracania uwagi na jego potrzeby. W kwietniu ciało chce, by go dopieścić po prostu:) No i po Tourze. Ale to zrozumiałe. Wysiłek, koncentracja i presja jest tak wielka, że nawet konia by powaliło. Choruję również wtedy, gdy staram się w dwudziestu czterech godzinach zmieścić trzy doby. I choć wiem, jak to się skończy, czasem nie mam wyjścia.


Nie zawsze jednak było tak gładko. Jestem pewna, że byłabym już szczęśliwą posiadaczką czterech wielkich, kryształowych kul, gdyby nie kilka kuracji antybiotykowych, które musiałam przejść w zimie 2007/2008. Skończyło się na trzecim miejscu. Zapalenie ucha, oskrzeli, angina ropna i coś tam jeszcze. Wtedy trzy ostatnie dni Touru biegłam na augumentinie. To, co się ze mną działo na Alpe Cermis, to najgorsza męczarnia, jaką w czasie biegu przeżyłam. Rok wcześniej z Mistrzostw Świata w Saporo przywiązłam w promocji szkarlatynę. Trzy długie mięsiące leczenia i jednoczesnego biegania.

Długo nie mogłam się wygrzebać z dołka psychicznego po tej japońskiej porażce.
Niełatwo jest utrzymać się w zdrowiu. Przecież my biegamy w lycrowych ubrankach starowych. Cieniutkich. Oczywiście można pod spód ubrać bieliznę "oddychającą", ale przy dużym mrozie, wietrze czy deszczu niewiele to daje. Na podbiegu człowiek się przypoci, a na zjeździe przegwizda do szpiku kości i tak w kółko. Najgorsze jest zawsze oczekiwanie na start sprintu. Musimy się rozebrać i iść na linię startu do prezentacji, ale do samego wysiłku jest kilka minut. Okropny chłód potęgowany jeszcze przez stres. Treningi też bywają nieprzyjemne, zależnie od pogody. I na dodatek ciągle jesteśmy zmęczeni, a w czasie najwyższej dyspozycji odporność jest bardzo, bardzo marna. Taki sport, ale w końcu ukochany. To tylko małe utrudnienia.

A wiecie dlaczego Sybiracy nie marzną? Bo się ciepło ubierają:)
To jedno z ulubionych przesłów Trenera, który po tych dwóch latach nieustannych chorób stał się bardzo kategoryczny w temacie dbania o zdrowie. Zimą nie udzieli wywiadu dziennikarzowi, który nie ma czapki na głowie, tylko jeden ma specjalne względy, ale za często nie jeździ z nami:). Zawsze dba, żebym po treningu mogła się przebrać w nagrzanym aucie. Często przygotowuje herbatę do termosu. Goni serwismenów, by o siebie dbali. Mnie też goni, gdy w przypływie ułańskiej fantazji wybiegam w krótkich szortach i koszulce bez rękawów na dwudziestostopniowy mróz, bo czegoś na przykład zapomniałam:) Ktoś musi być rozsądny..

Nie zwracam uwagi na te choroby, gdy mnie już dopadną. Oczywiście leczę się i tu pole manewru też ograniczone, ze wzglądu na listę substancji zakazanych. Ale trenuję, biegam i startuję dalej. Często słyszę, że zdrowie mam tylko jedno i że przesadzam, że powinnam odpuścić. Kwestia wychowania: trzeba coś zrobić, to się robi. I co najważniejsze. Lepiej nie odpuszczać, bo pieszczoch, który we mnie siedzi od razu zaatakuje i będzie sie upominał o ciepłe rosołki i takie tam;) Jeszcze trochę go przytłamszę, a póki co dam się wyszaleć sportsmence..

Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie

Oceń ten artykuł:

Trwa ładowanie komentarzy...
0 0Pisał o "tęczowej zarazie". Stał się męczennikiem na prawicy
0 0Dlaczego wierzę Jarosławowi Kaczyńskiemu