Kiedy 28 sierpnia 1963 roku Martin Luther King maszerował pod waszyngtoński pomnik Lincolna, by ogłosić grubo ponad 200 tysiącom zgromadzonych tam ludzi, że on ma marzenie, trudno było sobie – doprawdy – wyobrazić, iż akurat ten z amerykańskich snów się spełni: że chwilę później Afroamerykanie otrzymają prawa wyborcze w najbardziej reakcyjnym pod tym względem stanie Missisipi, a śniący na jawie czarnoskóry pastor obierze Pokojową Nagrodę Nobla (1964). Kto mógł wówczas przypuszczać, że pół wieku później nastanie epoka Baracka Obamy (ur. 1961) – czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych, którego uśmiech nie pozostawia żadnych wątpliwości: tak się uśmiecha pewny siebie i pewny swego człowiek sukcesu.

REKLAMA
Marzenia Martina Luthera Kinga ziściły się stosunkowo szybko. Nie wszyscy marzyciele i utopiści mieli tyle szczęścia. Czasami to nawet lepiej: historia zna przypadki, kiedy fiasko szalonych wizji i planów stanowiło dla danej wspólnoty czy też cywilizacji ostatnią szansę na przetrwanie. Marzenia marzeniami, ale głowy z pewnością tracić nie należy! Czy jednak marzenie może być ostrożne, zachowawcze, bezpieczne? Wzięte pod lupę okazuje się równie ambiwalentne i podejrzane – podobnie zresztą jak inne, kluczowe dla formacji modernistycznej kategorie i pojęcia. Bo czyż nie jest tak, że marzenie (ale też postęp, modernizacja, kapitał, indywidualizacja…), choć na progu nowoczesności stanowiło niewątpliwie podnietę do zmian (zmian, dodajmy, rewolucyjnych), dziś – w epoce późnej nowoczesności – jest częściej impulsem kontrrewolucyjnym? Jeśli wierzyć wrocławskiej wystawie „I Have a dream”, współcześnie marzenie raczej nie aktywizuje, nie przydaje impetu, nie bywa zaczątkiem czegoś nowego (np. nowych stosunków społecznych, lepszej rzeczywistości). Zwykle praca marzenia stanowi ledwie dekonstrukcję tego, co jest – nie tworzy niczego nowego, lecz tylko w apokaliptyczny sposób rozprawia się z już istniejącym. Inna sprawa, że spora część nowoczesnych rewolucji społeczno-politycznych nie przyczyniła się wcale do zmiany na lepsze, a jedynie zniszczyła stary świat, by usankcjonować w ten sposób nowy porządek. Być może więcej szczęścia miały rewolucje technologiczne: te – nawet jeśli nie wygenerowały nowych jakości czy wartości – to przynajmniej podniosły standard życia ludzkiego i przyczyniły się do poszerzenia człowieczych możliwości.
Stefan Constantinescu (RO/SE)
logo
Stefan Constantinescu "Family Dinner", 2011 lokal_30

Zdaje się, że marzenie – choć nieodmiennie kojarzy się z wolnością, potencjalnością, możliwością przekraczania własnych ograniczeń – wcale nie jest pojęciem bezpiecznym, naiwnym, jednoznacznym. Marzenie częstokroć wizualizuje mi się pod postacią mgły, bywa bowiem nieprzeźroczyste (jak sen) oraz niebezpieczne (trujące niczym opar, gaz, dym): nierzadko marzenie skrywa w swoim wnętrzu coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka, co w końcu jednak wymyka się spod kontroli i dojmująco zaznacza własną obecność. Co się dzieje z marzeniami, które zaczynają dawać się nam we znaki? Czy to w ogóle są jeszcze marzenia, czy może raczej obsesje, fantazmaty, fetysze?
Christoph Draeger (CH)
logo
Christopher Draeger "Hippie Movie", 2008 lokal_30

„I have a dream” – przepiękna fraza z przemówienia Martina Luthera Kinga, za którą stoi marzenie o godności, wolności, poczuciu bezpieczeństwa i możliwości samorealizacji oraz osiągania własnych satysfakcji: tak w życiu prywatnym, jak i społecznym, zawodowym. Tej frazy nie trzeba traktować podejrzliwie. Czy jednak każdy z nas ma prawo śnić swój sen? Co robić z marzeniami nieustępliwymi, niedającymi spokoju, nieustannie nas ścigającymi i niepozwalającymi zatrzymać się choćby na jedną chwilę?
Regina José Galindo (GTM)
logo
Regina José Galindo, "Kto może wymazać ślady?", 2003 lokal_30

A dyktatorzy, terroryści, fanatycy – czy oni również nie śnili snów o potędze, czy oni nie marzyli o zupełnie nowym, innym, lepszym w ich przekonaniu świecie?
Tomasz Kozak (PL)
logo
Tomasz Kozak, "Flash of the New Flesh", 2011, 63 min lokal_30

We wrocławskim Muzeum Współczesnym ma właśnie miejsce wystawa „I Have a dream”, która zakończy się dokładnie na rok przed 50 rocznicą słynnego wystąpienia Martina Luthera Kinga, czyli 27 sierpnia 2012 roku. Warto tam jeszcze zdążyć – choćby po to, by skonfrontować własne marzenia z cudzymi marzeniami, które nierzadko stały się faktami kulturowymi.
Zuzanna Janin (PL)
logo
Zuzanna Janin "Majka z Filmu", 2011-2012 lokal_30

Ekspozycję otwiera praca „We are ill within ourselves” Alicji Żebrowskiej. Wideo stanowi zapis performansu przeprowadzonego w londyńskim metrze w 1997 roku, w trakcie którego artystka wręczała współpasażerom kartkę z napisem „We are ill within ourselves” i rejestrowała ich (najróżniejsze) reakcje. Chorujemy na samych siebie! Nie każdy umie się jednak przyznać do tego, że sam się udręcza, wydrąża, umęcza. Zawsze znajdzie się ktoś, kto postanowi wyprzeć prawdę o własnej cielesności, śmiertelności, czasowości, skończoności. Negacja nie usuwa jednak tego, co jest. Przeciwnie – działa jak bomba z opóźnionym zapłonem. I jeśli najważniejszą rewelacją nowoczesności okazała się prawda o tym, iż wyparte zawsze powraca, a realne po prostu jest, to praca Żebrowskiej przypomina coś jeszcze: nie tylko rzeczywistość nas drąży, także my sami siebie maksymalnie eksploatujemy. Każdego dnia zjeżdżamy pod ziemię, tłoczymy się w zbyt wąskich wagonikach, pędzimy na złamanie karku do pracy, która zabiera nam cały dzień… Zagrażamy sami sobie? Tak. Do tego, co wymyśliła dla nas okrutna i śmiercionośna natura, dodaliśmy jeszcze całą listę chorób cywilizacyjnych. Zdecydowanie przekraczamy normy, jesteśmy nadmierni, przesadzeni, spotworniali i powiększeni o to, co przychodzi ze strony kultury – co nie ma związku z troską o życie samo. Współcześnie londyńskie metro pokazuje jak na finiszu wygląda wiek przemysłu (XIX) i epoka modernizacji (XX): 1) jest nas za dużo, dlatego wagoniki (postępu) nie dają rady, 2) jesteśmy bardzo różni, zindywidualizowani, barwni, ciekawi, może nawet niepowtarzalni, ale i tak wszyscy umrzemy na siebie samych.
NUG (SE)
logo
NUG "Territorial Pissing", 2008 lokal_30

Wyparte powraca, a każda rewolucja zawsze w końcu zjada ze smakiem własne dzieci, o czym świadczy praca „Last Day of Republic” (2010) Reynolda Reynoldsa. Ostatni dzień Niemieckiej Republiki Demokratycznej to, zdaniem artysty, dzień ostatecznego zrównania z ziemią berlińskiego Pałacu Republiki (listopad/grudzień 2008) – symbolu władzy totalitarnej we wschodnich landach, ale także miejsca intensywnej wymiany przeróżnych dóbr symbolicznych i kulturowych między Republiką a jej mieszkańcami, gdyż modernistyczny gmach (otwarty w 1976 roku) stanowił miejsce dostępne i uczęszczane (dziennie odwiedzało go ponoć 12 tyś. ludzi) oraz wielofunkcyjne (prócz parlamentu, mieściły się tu galeria sztuki, teatr, sala kongresowo-koncertowa, sale konferencyjne, kilka restauracji, poczta, dyskoteka, bary, kręgielnia). Po zjednoczeniu Niemiec budynek wykonany w dużej mierze z trującego azbestu okazał się niezdatny do dalszego użytkowania. Na jego miejsce wkrótce zostanie wzniesiona rekonstrukcja zniszczonego przez komunistów w 1950 roku starego Zamku w Berlinie (siedziby Hohenzollernów, która symbolizowała – zdaniem powojennych władz – pruski imperializm, dlatego zdecydowano się ją zniszczyć). Losy tej przestrzeni – miejsca, z którego od zawsze garść ludzi sprawowała władzę nad rzeszami, masami – układają się dość ironicznie, prawda? Zmiana – czy jest radykalnym ruchem naprzód, czy też zamyka się w zaklętym kole powtórzeń – nigdy nie znosi pustki: zrazu próbuje zagospodarować wolne miejsce, najmniejszą przestrzeń wolności. Zanim jednak pojawi się nowy założyciel, musi zadziałać likwidator. W przypadku Pałacu Republiki likwidatorem bezpośrednim była wielka maszyna, której pracę na tle bardzo poetyckiego, bo późnojesiennego nieba zarejestrował artysta. Z wideo Reynoldsa wynika, że po pożartym przez mechanicznego niszczyciela pałacu ostatecznie pozostało tylko malownicze tło i trochę sztuki. Czy to koniec? To dopiero początek: wielki powrót, odbudowa, cokolwiek… byle nie pustka, cisza, próżnia – te w przestrzeni publicznej są po prostu nie do zniesienia.
Adrian Paci (AL/I)
logo
Adrian Paci, "Turn On", 2004 lokal_30

O przerażeniu ciszą, pustką, brakiem (zwłaszcza brakiem człowieka!) opowiada praca paryskiego kolektywu Société Réaliste („The Fountainhead”, 2010) stanowiąca found footage hollywoodzkiego filmu z 1949 roku. Artyści odzyskali panoramę nowoczesnego, odhumanizowanego miasta oraz wizję lokalną wnętrza modernistycznego apartamentu dzięki temu, że wyczyścili pierwotny obraz filmowy z wszystkich występujących w nim postaci. W prezentowanym wideo znajdziemy wzorcową wręcz realizację american dream (wycelowane w niebo drapacze chmur, komfortowe apartamenty z widokiem na cały świat, natura ujarzmiona przez budowniczych wielkich obiektów przemysłowych i pracująca na ich rzecz), w której brakuje tylko jednego elementu – ludzi, którzy mogliby jakoś (zbawiennie) zadziałać w tej idealnie zaprojekowanej, zabudowanej i zagospodarowanej, lecz jednocześnie opuszczonej i zdehumanizowanej przestrzeni. Pochodzący z końcówki lat czterdziestych obraz nowoczesnego miasta amerykańskiego (w którym spełnić mógłby się niejeden sen o potędze) w oczywisty sposób chciałoby się zestawić z obrazem ówcześnie odbudowywanych miast europejskich (które popadły w ruinę skutkiem innych snów o potędze). Jeśli w amerykańskiej wizji brakuje tylko człowieka i jego skali (drapacze chmur tracą ludzki wymiar: w ich gąszczu niknie zupełnie człowiek, z ich wysokości ludzie stają się niewidzialni), to w europejskiej rzeczywistości nie ma nic, prócz (mrowia) ludzi, którzy z nosem przy ziemi przekopują się przez ruiny i zgliszcza w poszukiwaniu jakichkolwiek przejawów minionego i zaprzepaszczonego życia (lub choćby strzępu pamiątki po nim). Znacząca różnica, prawda?
Société Réaliste (F)
logo
Société Réaliste, "The Fountainhead", 2011 lokal_30

Zupełnie inaczej reaguje na pustkę i ciszę Regina José Galindo – gwatemalska artystka średniego pokolenia, która za pomocą performansu „Kto może wymazać ślady?” protestowała w 2003 roku przeciwko kandydaturze na prezydenta byłego dyktatora Gwatemali José Efraina Ríosa Montta. Galindo przeszła przez miasto niosąc w rękach miednicę pełną krwi, którą co kilka kroków stawiała na ziemi po to, by zamoczyć w niej stopy. Pozostawione przez nią na gwatemalskim bruku ślady z krwi znaczyły podwójnie: z jednej strony przywracały pamięć o ofiarach niedawnego reżimu, z drugiej zaś – przypominały o zbrodniach dyktatora, który w 2003 roku zdecydował się kandydować na najwyższy urząd państwowy. Chodnik jest bardzo cierpliwy i zniesie dowolną ilość krwi, to prawda. Czas również najczęściej działa na korzyść winnych (zamazując z czasem ich winę) i niekorzyść niewinnych (zacierając nierzadko ich krzywdy w pamięci) – Galindo zainterweniowała przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Swoje działanie oparła na paradoksie: stworzyła coś w rodzaju niemego krzyku stanowiącego protest przeciwko milczeniu i na powrót naznaczyła swoje miasto krwią. Za jej sprawą ofiary na moment powróciły pod postacią krwawych śladów, które jednak niemal natychmiast wyparowywały – raz jeszcze zniknęły. Jak widać, daremna i paradoksalna jest praca tych, którzy nie chcą, by w ciszy i pustce przepadło wszystko – nawet pamięć.
Reynold Reynolds (US)
logo
Reynold Reynolds "Last Day of the Republic", 2011 lokal_30

Podobne działanie wykonał Adrian Paci, który także naznaczył rodzinną Szkodrę zjawami z przeszłości. Bohaterami jego pracy z 2004 roku („Turn on”) są ofiary albańskiej transformacji – bezrobotni, którym niewydolne państwo nie jest w stanie w żaden sposób pomóc w przystosowaniu się do nowych warunków. Co bowiem robią siedzący na schodach mężczyźni? Generują za pomocą przenośnych generatorów prąd, którego dostawy w dość nieporadnie zarządzanej Albanii są co rusz przerywane, co zmusza obywateli do posiadania własnych, alternatywnych źródeł energii. Ironia tego obrazu polega także i na tym, że w Albanii (jak w każdym zresztą demoludzie) idea powszechnej elektryfikacji stanowiła istne fixum dyrdum rządzących!
O coś zgoła innego chodzi NUG’owi (pseudonim Magnusa Gustafassona), autorowi „Territorial Pissing” – filmu z 2009 roku, który wywołał w Szwecji ogromny skandal oraz medialną burzę wokół artystów sztuk wizualnych i ich działań w przestrzeni publicznej. Na wideo widać zamaskowanego mężczyznę zamalowującego sprayem wnętrze wagonu metra. Wszystko to wygląda na chuligański wybryk, albo nawet działanie terrorystyczne, gdy tymczasem NUG zaznacza w ten sposób swoją niezgodę wobec nazbyt – jego zdaniem – opresyjnych relacji między państwem a obywatelami oraz naznacza przestrzeń publiczną własną obecnością. Jego działanie unaoczniło bowiem istnienie w Szwecji sporej grupy ludzi, dla których rzeczywistość wcale nie osiągnęła idealnego kształtu, którzy chcieliby przy pomocy energii twórczej i tlącego się w nich pierwiastka rebelii zmienić to, co jest w to, co – ich zdaniem – nieodmiennie pozostało jeszcze do zrobienia.
W tak zarysowanym kontekście dość nieoczywista wydaje się praca rumuńskiego artysty, Stefana Constantinescu. Jak twierdzi kuratorka wystawy Agnieszka Rayzacher, wideo „Family Dinner” błyskotliwie ukazuje „dwie największe rewolucje ostatnich kilkudziesięciu lat – rewolucję seksualną oraz technologiczną”. Dzięki telefonowi komórkowemu bohaterka filmu Constantinescu może prowadzić intymną konwersację z kochankiem nawet w czasie kąpieli – tuż pod nosem rodziny starannie przygotowującej dla niej kolacje. Gdzie w tym wszystkim duch rebelii, niezgody na zastane, naglącej potrzeby zamiany za każdą cenę – nawet za cenę walki, rewolucji, buntu, wykluczenia? Opowiadana przez Constantinescu historia to raczej zachowawcza fabułka o wzorcowej na pierwszy rzut oka żonie i matce czerpiącej spore satysfakcje z romansu i posuwającej się przy okazji do hipokryzji wobec najbliższych: mężowi co rusz powtarza, że go kocha, a córce zabrania korzystania z telefonu w trakcje rodzinnej kolacji, która przecież powinna pozostać czasem wyłącznie dla rodziny.
Równie grubymi nićmi szyte wydaje mi się marzenie Christopha Draegera o przeistoczeniu się w współczesnego hipisa. Zrealizowane w 2008 roku w Warszawie wideo „Hippie Movie” przekonuje mnie tylko o tyle, o ile stanowi kontrapunkt do „Helenés” z 2005 roku – filmu stanowiącego inscenizację wielce prawdopodobnego w kontekście zimnej wojny ataku nuklearnego. Owszem, znacząca jest tu już sama gra toposami dwudziestowiecznej historii (zimna wojna) i kultury (rewolucja obyczajowa, hipisi, pacyfizm), o ile jednak „Helenés” stanowi przynajmniej reakcję na sen wariata, o tyle „Hippie Movie” jest – moim zdaniem – dość nieudolną przebieranką, która niczemu nie rzuca wyzwania. Czysta gra. Czy jednak czysta gra może stanowić stawkę dla kogoś, kto rzeczywiście ma marzenie?
Wrocławską wystawę zamyka instalacja Zuzanny Janin złożona z kilku epizodów z cyklu „Majka From the Movie”. „Majka…” to found footage stanowiący poetycką opowieść o dziewczynie, która nigdy nie poprzestaje na tym, co jest (jak również na tym, kim jest). Te odwieczne poszukiwania samej siebie sprawiają, że obie Majki (pierwsza to bohaterka serialu młodzieżowego Szaleństwo Majki Skowron, którą przed laty grała sama artystka, druga to współczesne wcielenie tamtej Majki, czyli Mel Baranowska – córka Zuzanny Janin) znajdują się ciągle w drodze: w non-places, na granicy, w sferze „pomiędzy”, czyli tam, gdzie współcześnie można by – jak sądzi Zygmunt Bauman, bohater drugiego z prezentowanych epizodów – ulokować utopię. Jeśli więc któryś z zaproszonych do wystawy artystów rzeczywiście odpowiada własną utopią na utopię i wizję Martina Luthera Kinga, to jest to właśnie Zuzanna Janin. Tym bardziej, iż epizod z udziałem sławnego filozofa („The Journey”) oraz zamykający cykl odcinek „The Revolution” stanowią artystyczną, ale także i polityczną reakcję na ponawiane dzisiaj pytania o (nie)możliwość współczesnej utopii oraz działań awangardowych (w dziedzinie sztuki) i rewolucyjnych, zaangażowanych, krytycznych (w przestrzeni publicznej).
Janin, podobnie zresztą jak Draeger, powtarza i odtwarza pewne gesty, w przeciwieństwie jednak do swego szwajcarskiego kolegi nie popada przy tym w łatwe klisze i przerysowania. Przeciwnie – artystka nie tkwi zaklęta w kole powtórzeń, lecz sama te powtórzenia odczynia, dzięki czemu jej bohaterki na nowo i po swojemu mogą przejść tę samą w gruncie rzeczy drogę. Majki Zuzanny Janin zdają się być spełnione, choć przecież nigdy nie osiągają celu. W ten sposób artystka przypomina, że cel nie powinien przesłaniać (ani tym bardziej zastępować) samej drogi (postulat: żadnych więc skrótów!). Kto bowiem żyje prawdziwą pełnią życia? Ten, kto nigdy nie poprzestaje na tym, co jest: kto nieustannie śni na jawie, czyli marzy!
Alicja Żebrowska (PL)
logo
Alicja Żebrowska "Jesteśmy chorzy na samych siebie", 1997 lokal_30

Ostatnia rzecz – „Flash of the New Flesh” (2011) Tomasza Kozaka. Konia z rzędem temu, kto znajdzie relację pomiędzy marzeniem Martina Luthera Kinga a pracą zrealizowaną na podstawie filmu „Fly” Dawida Cronenberga! A jednak. Found footage Kozaka dotyka spraw najbardziej uniwersalnych (rację ma kuratorka, kiedy twierdzi, że jest to „filozoficzny wideo-esej o przekraczaniu granic cielesności oraz dążeniu do transgresji”), ale i zarazem najintymniejszych. W końcu bowiem każdy z nas dotyka swoich niemożliwości i granic tego, co jeszcze jest „ja” oraz tego, co jest już „nie-ja”. Na zewnętrzność nie ma siły. Prędzej czy później należy się z nią zmierzyć. Bytem, który bardzo często rozpoznajemy jako swojsko-nieswoją zewnętrzność jest właśnie język – coś niewątpliwie naszego, co jednocześnie nieustannie nas wyobcowuje. Jeśli własny język stanie się dla nas tworem obcym, zawłaszczającym, wpływowym, naszą obsesją i zagadką na całe życie, to bardzo prawdopodobne, że przeistoczymy się w byt wampiryczny – żyjący już tylko jakimś wtórnym (językowym) życiem po życiu. O możliwości takiego właśnie egzystowania opowiada found footage Kozaka: nie jest to wizja marzenia, które się ma, ale marzenia, które ma nas. Zdaje się, że wszystkie „marzenia, które mamy” wymierzone są właśnie w to jedno „marzenie, które ma nas”! Niczego tak bardzo nie pragniemy, jak uciec z pułapki tego, co nas więzi i ogranicza, wymknąć się zewnętrzności, na którą nic nie możemy poradzić, zmienić stosunki, które nie pozwalają żyć pełnią życia, lecz zmuszają nas do tkwienia na z góry wyznaczonych pozycjach. Stara bowiem to prawda, że prawdziwi marzyciele pragną przede wszystkim bycia w drodze, życia na wolności i bez ograniczeń.
Komu pisana utopia Martina Luthera Kinga? Wrocławska wystawa daje na tak postawione pytanie różne odpowiedzi. Większość z nich to mało optymistyczne wizje. Trudno. Nieoczekiwanie jednak wszystko kończy się dobrze: nowy krąg powtórzeń rozpoczyna się od zamykających wystawę prac Zuzanny Janin, których oryginalność wynika między innymi z bijącego od nich optymizmu. Póki jesteśmy w drodze, nic nam nie grozi, bo wszystko jest ciągle jeszcze możliwe!
I Have a Dream
kuratorka: Agnieszka Rayzacher
29 czerwca – 27 sierpnia 2012 r.
Muzeum Współczesne Wrocław
Pl. Strzegomski 2a