Kiedy 28 sierpnia 1963 roku Martin Luther King maszerował pod waszyngtoński pomnik Lincolna, by ogłosić grubo ponad 200 tysiącom zgromadzonych tam ludzi, że on ma marzenie, trudno było sobie – doprawdy – wyobrazić, iż akurat ten z amerykańskich snów się spełni: że chwilę później Afroamerykanie otrzymają prawa wyborcze w najbardziej reakcyjnym pod tym względem stanie Missisipi, a śniący na jawie czarnoskóry pastor obierze Pokojową Nagrodę Nobla (1964). Kto mógł wówczas przypuszczać, że pół wieku później nastanie epoka Baracka Obamy (ur. 1961) – czarnoskórego prezydenta Stanów Zjednoczonych, którego uśmiech nie pozostawia żadnych wątpliwości: tak się uśmiecha pewny siebie i pewny swego człowiek sukcesu.
Stefan Constantinescu (RO/SE)
Zdaje się, że marzenie – choć nieodmiennie kojarzy się z wolnością, potencjalnością, możliwością przekraczania własnych ograniczeń – wcale nie jest pojęciem bezpiecznym, naiwnym, jednoznacznym. Marzenie częstokroć wizualizuje mi się pod postacią mgły, bywa bowiem nieprzeźroczyste (jak sen) oraz niebezpieczne (trujące niczym opar, gaz, dym): nierzadko marzenie skrywa w swoim wnętrzu coś, czego nie widać na pierwszy rzut oka, co w końcu jednak wymyka się spod kontroli i dojmująco zaznacza własną obecność. Co się dzieje z marzeniami, które zaczynają dawać się nam we znaki? Czy to w ogóle są jeszcze marzenia, czy może raczej obsesje, fantazmaty, fetysze?
Christoph Draeger (CH)
„I have a dream” – przepiękna fraza z przemówienia Martina Luthera Kinga, za którą stoi marzenie o godności, wolności, poczuciu bezpieczeństwa i możliwości samorealizacji oraz osiągania własnych satysfakcji: tak w życiu prywatnym, jak i społecznym, zawodowym. Tej frazy nie trzeba traktować podejrzliwie. Czy jednak każdy z nas ma prawo śnić swój sen? Co robić z marzeniami nieustępliwymi, niedającymi spokoju, nieustannie nas ścigającymi i niepozwalającymi zatrzymać się choćby na jedną chwilę?
Regina José Galindo (GTM)
A dyktatorzy, terroryści, fanatycy – czy oni również nie śnili snów o potędze, czy oni nie marzyli o zupełnie nowym, innym, lepszym w ich przekonaniu świecie?
Tomasz Kozak (PL)
We wrocławskim Muzeum Współczesnym ma właśnie miejsce wystawa „I Have a dream”, która zakończy się dokładnie na rok przed 50 rocznicą słynnego wystąpienia Martina Luthera Kinga, czyli 27 sierpnia 2012 roku. Warto tam jeszcze zdążyć – choćby po to, by skonfrontować własne marzenia z cudzymi marzeniami, które nierzadko stały się faktami kulturowymi.
Zuzanna Janin (PL)
Ekspozycję otwiera praca „We are ill within ourselves” Alicji Żebrowskiej. Wideo stanowi zapis performansu przeprowadzonego w londyńskim metrze w 1997 roku, w trakcie którego artystka wręczała współpasażerom kartkę z napisem „We are ill within ourselves” i rejestrowała ich (najróżniejsze) reakcje. Chorujemy na samych siebie! Nie każdy umie się jednak przyznać do tego, że sam się udręcza, wydrąża, umęcza. Zawsze znajdzie się ktoś, kto postanowi wyprzeć prawdę o własnej cielesności, śmiertelności, czasowości, skończoności. Negacja nie usuwa jednak tego, co jest. Przeciwnie – działa jak bomba z opóźnionym zapłonem. I jeśli najważniejszą rewelacją nowoczesności okazała się prawda o tym, iż wyparte zawsze powraca, a realne po prostu jest, to praca Żebrowskiej przypomina coś jeszcze: nie tylko rzeczywistość nas drąży, także my sami siebie maksymalnie eksploatujemy. Każdego dnia zjeżdżamy pod ziemię, tłoczymy się w zbyt wąskich wagonikach, pędzimy na złamanie karku do pracy, która zabiera nam cały dzień… Zagrażamy sami sobie? Tak. Do tego, co wymyśliła dla nas okrutna i śmiercionośna natura, dodaliśmy jeszcze całą listę chorób cywilizacyjnych. Zdecydowanie przekraczamy normy, jesteśmy nadmierni, przesadzeni, spotworniali i powiększeni o to, co przychodzi ze strony kultury – co nie ma związku z troską o życie samo. Współcześnie londyńskie metro pokazuje jak na finiszu wygląda wiek przemysłu (XIX) i epoka modernizacji (XX): 1) jest nas za dużo, dlatego wagoniki (postępu) nie dają rady, 2) jesteśmy bardzo różni, zindywidualizowani, barwni, ciekawi, może nawet niepowtarzalni, ale i tak wszyscy umrzemy na siebie samych.
Wyparte powraca, a każda rewolucja zawsze w końcu zjada ze smakiem własne dzieci, o czym świadczy praca „Last Day of Republic” (2010) Reynolda Reynoldsa. Ostatni dzień Niemieckiej Republiki Demokratycznej to, zdaniem artysty, dzień ostatecznego zrównania z ziemią berlińskiego Pałacu Republiki (listopad/grudzień 2008) – symbolu władzy totalitarnej we wschodnich landach, ale także miejsca intensywnej wymiany przeróżnych dóbr symbolicznych i kulturowych między Republiką a jej mieszkańcami, gdyż modernistyczny gmach (otwarty w 1976 roku) stanowił miejsce dostępne i uczęszczane (dziennie odwiedzało go ponoć 12 tyś. ludzi) oraz wielofunkcyjne (prócz parlamentu, mieściły się tu galeria sztuki, teatr, sala kongresowo-koncertowa, sale konferencyjne, kilka restauracji, poczta, dyskoteka, bary, kręgielnia). Po zjednoczeniu Niemiec budynek wykonany w dużej mierze z trującego azbestu okazał się niezdatny do dalszego użytkowania. Na jego miejsce wkrótce zostanie wzniesiona rekonstrukcja zniszczonego przez komunistów w 1950 roku starego Zamku w Berlinie (siedziby Hohenzollernów, która symbolizowała – zdaniem powojennych władz – pruski imperializm, dlatego zdecydowano się ją zniszczyć). Losy tej przestrzeni – miejsca, z którego od zawsze garść ludzi sprawowała władzę nad rzeszami, masami – układają się dość ironicznie, prawda? Zmiana – czy jest radykalnym ruchem naprzód, czy też zamyka się w zaklętym kole powtórzeń – nigdy nie znosi pustki: zrazu próbuje zagospodarować wolne miejsce, najmniejszą przestrzeń wolności. Zanim jednak pojawi się nowy założyciel, musi zadziałać likwidator. W przypadku Pałacu Republiki likwidatorem bezpośrednim była wielka maszyna, której pracę na tle bardzo poetyckiego, bo późnojesiennego nieba zarejestrował artysta. Z wideo Reynoldsa wynika, że po pożartym przez mechanicznego niszczyciela pałacu ostatecznie pozostało tylko malownicze tło i trochę sztuki. Czy to koniec? To dopiero początek: wielki powrót, odbudowa, cokolwiek… byle nie pustka, cisza, próżnia – te w przestrzeni publicznej są po prostu nie do zniesienia.
Adrian Paci (AL/I)
O przerażeniu ciszą, pustką, brakiem (zwłaszcza brakiem człowieka!) opowiada praca paryskiego kolektywu Société Réaliste („The Fountainhead”, 2010) stanowiąca found footage hollywoodzkiego filmu z 1949 roku. Artyści odzyskali panoramę nowoczesnego, odhumanizowanego miasta oraz wizję lokalną wnętrza modernistycznego apartamentu dzięki temu, że wyczyścili pierwotny obraz filmowy z wszystkich występujących w nim postaci. W prezentowanym wideo znajdziemy wzorcową wręcz realizację american dream (wycelowane w niebo drapacze chmur, komfortowe apartamenty z widokiem na cały świat, natura ujarzmiona przez budowniczych wielkich obiektów przemysłowych i pracująca na ich rzecz), w której brakuje tylko jednego elementu – ludzi, którzy mogliby jakoś (zbawiennie) zadziałać w tej idealnie zaprojekowanej, zabudowanej i zagospodarowanej, lecz jednocześnie opuszczonej i zdehumanizowanej przestrzeni. Pochodzący z końcówki lat czterdziestych obraz nowoczesnego miasta amerykańskiego (w którym spełnić mógłby się niejeden sen o potędze) w oczywisty sposób chciałoby się zestawić z obrazem ówcześnie odbudowywanych miast europejskich (które popadły w ruinę skutkiem innych snów o potędze). Jeśli w amerykańskiej wizji brakuje tylko człowieka i jego skali (drapacze chmur tracą ludzki wymiar: w ich gąszczu niknie zupełnie człowiek, z ich wysokości ludzie stają się niewidzialni), to w europejskiej rzeczywistości nie ma nic, prócz (mrowia) ludzi, którzy z nosem przy ziemi przekopują się przez ruiny i zgliszcza w poszukiwaniu jakichkolwiek przejawów minionego i zaprzepaszczonego życia (lub choćby strzępu pamiątki po nim). Znacząca różnica, prawda?
Société Réaliste (F)
Zupełnie inaczej reaguje na pustkę i ciszę Regina José Galindo – gwatemalska artystka średniego pokolenia, która za pomocą performansu „Kto może wymazać ślady?” protestowała w 2003 roku przeciwko kandydaturze na prezydenta byłego dyktatora Gwatemali José Efraina Ríosa Montta. Galindo przeszła przez miasto niosąc w rękach miednicę pełną krwi, którą co kilka kroków stawiała na ziemi po to, by zamoczyć w niej stopy. Pozostawione przez nią na gwatemalskim bruku ślady z krwi znaczyły podwójnie: z jednej strony przywracały pamięć o ofiarach niedawnego reżimu, z drugiej zaś – przypominały o zbrodniach dyktatora, który w 2003 roku zdecydował się kandydować na najwyższy urząd państwowy. Chodnik jest bardzo cierpliwy i zniesie dowolną ilość krwi, to prawda. Czas również najczęściej działa na korzyść winnych (zamazując z czasem ich winę) i niekorzyść niewinnych (zacierając nierzadko ich krzywdy w pamięci) – Galindo zainterweniowała przeciwko takiemu stanowi rzeczy. Swoje działanie oparła na paradoksie: stworzyła coś w rodzaju niemego krzyku stanowiącego protest przeciwko milczeniu i na powrót naznaczyła swoje miasto krwią. Za jej sprawą ofiary na moment powróciły pod postacią krwawych śladów, które jednak niemal natychmiast wyparowywały – raz jeszcze zniknęły. Jak widać, daremna i paradoksalna jest praca tych, którzy nie chcą, by w ciszy i pustce przepadło wszystko – nawet pamięć.
Podobne działanie wykonał Adrian Paci, który także naznaczył rodzinną Szkodrę zjawami z przeszłości. Bohaterami jego pracy z 2004 roku („Turn on”) są ofiary albańskiej transformacji – bezrobotni, którym niewydolne państwo nie jest w stanie w żaden sposób pomóc w przystosowaniu się do nowych warunków. Co bowiem robią siedzący na schodach mężczyźni? Generują za pomocą przenośnych generatorów prąd, którego dostawy w dość nieporadnie zarządzanej Albanii są co rusz przerywane, co zmusza obywateli do posiadania własnych, alternatywnych źródeł energii. Ironia tego obrazu polega także i na tym, że w Albanii (jak w każdym zresztą demoludzie) idea powszechnej elektryfikacji stanowiła istne fixum dyrdum rządzących!
Ostatnia rzecz – „Flash of the New Flesh” (2011) Tomasza Kozaka. Konia z rzędem temu, kto znajdzie relację pomiędzy marzeniem Martina Luthera Kinga a pracą zrealizowaną na podstawie filmu „Fly” Dawida Cronenberga! A jednak. Found footage Kozaka dotyka spraw najbardziej uniwersalnych (rację ma kuratorka, kiedy twierdzi, że jest to „filozoficzny wideo-esej o przekraczaniu granic cielesności oraz dążeniu do transgresji”), ale i zarazem najintymniejszych. W końcu bowiem każdy z nas dotyka swoich niemożliwości i granic tego, co jeszcze jest „ja” oraz tego, co jest już „nie-ja”. Na zewnętrzność nie ma siły. Prędzej czy później należy się z nią zmierzyć. Bytem, który bardzo często rozpoznajemy jako swojsko-nieswoją zewnętrzność jest właśnie język – coś niewątpliwie naszego, co jednocześnie nieustannie nas wyobcowuje. Jeśli własny język stanie się dla nas tworem obcym, zawłaszczającym, wpływowym, naszą obsesją i zagadką na całe życie, to bardzo prawdopodobne, że przeistoczymy się w byt wampiryczny – żyjący już tylko jakimś wtórnym (językowym) życiem po życiu. O możliwości takiego właśnie egzystowania opowiada found footage Kozaka: nie jest to wizja marzenia, które się ma, ale marzenia, które ma nas. Zdaje się, że wszystkie „marzenia, które mamy” wymierzone są właśnie w to jedno „marzenie, które ma nas”! Niczego tak bardzo nie pragniemy, jak uciec z pułapki tego, co nas więzi i ogranicza, wymknąć się zewnętrzności, na którą nic nie możemy poradzić, zmienić stosunki, które nie pozwalają żyć pełnią życia, lecz zmuszają nas do tkwienia na z góry wyznaczonych pozycjach. Stara bowiem to prawda, że prawdziwi marzyciele pragną przede wszystkim bycia w drodze, życia na wolności i bez ograniczeń.
kuratorka: Agnieszka Rayzacher
29 czerwca – 27 sierpnia 2012 r.
Muzeum Współczesne Wrocław
Pl. Strzegomski 2a
