A przecież nie każdy pomysł jest wart realizacji.

REKLAMA
Spotkałem się ostatnio z bratem. Ma pewien pomysł na biznes. Soki. Sprzedaż soków w ciekawych lokalizacjach, dla zapracowanych przechodniów, czy też wypoczywających nieopodal ludzi. Nie wchodząc w szczegóły tego, co dokładnie miałoby to być i jak działać... w całej mojej rozmowie z nim, zaciekawiła mnie jego pewność siebie. I to, z jakim błyskiem (dolarów) w oku o całym tym biznesie opowiadał.
Aaa no i zaciekawiło mnie też skąd całą tę pewność siebie brał. A brał ją... znikąd. Bo tak naprawdę miał pomysł (i już nawet zabrał się pomału za jego realizację), ale nawet go nie przemyślał. Bo nie miał czasu. Ważniejsze było, żeby zacząć robić.
Podejście typu "mam pomysł, wierzę w niego; nie ma po co się zastanawiać, nie ma co sprawdzać; wiem, że i tak się uda" brzmi fajnie. Przecież i tak bez ryzyka nie ma zysków. Po co więc sprawdzać czy coś ma sens? Po co cokolwiek analizować? Przecież pomysł jest fajny. Dam radę. Będzie dobrze, bo... po prostu wiem, że będzie.
Brzmi świetnie. Mam marzenie. Mam wiarę. Przeczucie. Przeświadczenie. Ufność. Nazwij jak chcesz. Może być nawet przekonanie o własnej nieomylności.
Poza tym przecież obejrzeliśmy już tyle wspaniałych hollywoodzkich filmów o ludziach, którzy wbrew przeciwnościom, wbrew całemu światu... postanowili coś osiągnąć i w końcu to osiągali. A przecież pomysł wydawał się niemożliwy do zrealizowania. Przecież wszystko to było skazane na porażkę. A jednak... udało im się, bo w przeciwieństwie do wszystkich, oni wierzyli we własny sukces. A to dawało im siłę.
Jasne! Ale to bez sensu.
Filmy kręcą o tych, którym się udaje. O tych kilku farciarzach, którzy niekoniecznie byli mądrzejsi, bardziej charyzmatyczni, czy sprytniejsi od reszty. Po prostu mieli więcej szczęścia. Duuużo więcej szczęścia.
Filmów nie kręcą o tych wszystkich rzeszach ludzi, którzy chcieli zrobić to samo. A którym się nie udało.
Filmów nie kręcą o tych, którym po drodze zaczęło brakować sił. I którzy realizację pomysłu zarzucali.
A niestety takich było dużo więcej. I niestety... mamy znacznie większą szansę, aby stać się właśnie jednymi z nich.
Historie o ludziach, którzy mieli pomysł i go po prostu realizowali, wbrew wszystkim dookoła - nie sprawdzając nawet po drodze czy pomysł ma sens - są pięknymi romantycznymi historiami, nadającymi się do kosza. Ewentualnie na ckliwy (albo motywujący) hollywoodzki film. I tylko do tego.
W biznesie nie ma miejsca na "chcę, więc robię". Tutaj niesprawdzenie sensowności swojego przedsięwzięcia kończy się przeważnie utratą pieniędzy. I czasu.
Chcesz więc sprzedawać soczki? Rusz się z kartką papieru na miasto. Usiądź w miejscu, w którym chcesz je sprzedawać. I spisuj wszystko, co przyjdzie ci do głowy. Ilu ludzi się kręci po okolicy? Ilu z nich mogłoby być Twoimi klientami? Jacy to są ludzie? Czy trzymają w ręku coś do picia lub do jedzenia? Czy będą w stanie zapłacić tyle, ile chciałbyś kasować za produkt? Czy będą mieli czas na to, żeby się zatrzymać i kupić to, co masz do sprzedania? Czy w okolicy są inne miejsca sprzedające coś podobnego? Potem wróć do domu i się pożądnie nad tym wszystkim zastanów. Najlepiej dopiero następnego dnia. Dalej widzisz sens stworzenia takiego biznesu? Jesteś w stanie na nim zarobić? To zabieraj się do pracy.
Chcesz zrobić usługę webową? Zrób to samo. Nie tylko zdefiniuj usługę, którą chcesz stworzyć. Dowiedz się też, kto będzie z niej korzystał. Kiedy? Jak często? Do czego? I dopiero na tej podstawie zastanów się, czy w ogóle warto.
Rezygnowanie z przedsięwzięć, które nie mają szans powodzenia, to nie żaden wstyd. Wstyd to Ci dopiero będzie, gdy zrobisz coś, co nie wypali, a czego sensowność można było łatwo sprawdzić wcześniej. Przygotuj więc się wcześniej. Nie idź na żywioł.
-
Znajdziesz mnie też na KarolZielinski.pl oraz (biznesowo) na KarolZielinski.com