Medialny szum wokół wysokich nagród, jakie decyzją marszałek Ewy Kopacz przyznało sobie Prezydium Sejmu doprowadził do deklaracji nagrodzonych, że pieniądze przekażą na cele charytatywne. Sama szefowa Prezydium podtrzymała wysoką ocenę pracy podwładnych, lecz pod presją opinii publicznej ogłosiła, że fundusz nagród zostanie zamrożony. W publikatorach epatowano wysokością kwot, nieosiągalnych dla większości nawet najlepiej pracujących Polek i Polaków. Piętnowano chciwość i zgodne z prawem, lecz – wobec kłopotów budżetowych – nietaktowne samonagrodzenie się legislatorów.

REKLAMA
Zdarzenie to wydaje się jednym z tysięcy podobnych. Większość z nich ma miejsce nie w sektorze publicznym, pozostającym w świetle reflektorów, lecz w prywatnych firmach. Kwoty przyznawane członkom zarządów korporacji ciągną za sobą większy szereg zer niż te skromne cztery, których wstydzić musieli się nasi prezydianci. Nikt kapitalistom nie powie złego słowa, bo to są w końcu ich pieniądze, jak się powszechnie sądzi. Zapomina się jednak przy tym, że zyski przedsiębiorstw pochodzą z wysokich marż narzucanych na towary i usługi, niekiedy zaś ze zleceń budżetowych, jak to ma miejsce choćby w przypadku wydatków na przygotowanie i prowadzenie wojny czy zarządzanie funduszami emerytalnymi drugiego filaru. Tak więc wysokie zarobki dyrektorów prywatnych firm finansujemy ostatecznie także my, zwykli ludzie, kupując to, co nam niezbędne lub tylko potrzebne lub płacąc podatki wydawane na bomby i prowizje.
Finansowanie kapitalistów i wynajmowanych przez nich menedżerów z kieszeni zwykłych ludzi to coś, o czym się nie mówi, żeby nikomu nie było przykro. W końcu każda i każdy z nas chciał(a)by żyć w najlepszym ze światów, a nieustanne przypominanie, że finansujemy czyjeś pałace i jachty, ciacha i szampany, choć ani nie mamy na to ani ochoty, ani nawet nie bardzo nas stać, byłoby bolesne. Dlatego nie chcę rozwijać tego tematu. Nie będę postulował zmiany ustroju na taki, w którym prywatny zysk i ekscesy garstki kosztem reszty zostałyby wyeliminowane. Proponuję jednak pewną reformę obecnego stanu rzeczy, ot, drobną korektę, która mnie, psychologowi, wydaje się dosyć oczywista.
Niesprawiedliwość systemu, w którym jedni opływają w niemożliwy do skonsumowania dostatek, a inni walczą o biologiczne przetrwanie, sporej części wrażliwych ludzi wydaje się oczywista. To przeciw niej masowo demonstrują ludzie w krajach Zachodu i powstrzymują się od demonstracji otumanieni przez media i napuszczeni na siebie nawzajem Polki i Polacy. Jednak nie tylko same nierówności ekonomiczne biją po oczach i budzą sprzeciw. Nierówna dystrybucja szeroko rozumianych dóbr polega na ich koncentracji także w wymiarze szerszym niż dochody i majętność.
Ludzie, jak wiadomo dążą do różnych celów, a ich mnogość sprawia, że stają przed koniecznością wyboru. Jedni poświęcają więc życie dla jakiejś idei, bezinteresownie pomagając lub zabijając, zazwyczaj pomagając jednym a zabijając innych, niekiedy zaś pomagając przez zabijanie. Inni dbają wyłącznie o własny dobrobyt materialny, wysoką pozycję społeczną, prestiż, wpływy i władzę. O tych dużych wyborach pomiędzy realizacją celów społecznych i osobistych decydują w jakiejś mierze wyznawane wartości, w jakiejś mierze zaś bieżąca osobista sytuacja i oddziaływanie innych ludzi. Są wreszcie kultury, jak choćby amerykańska i pochodne, w których ludzie socjalizowani są do takich a nie innych celów, na przykład do odnoszenia czegoś, co jest określane jako sukces, a więc bycie lepszym od innych. Pośród wielu mierników tego sukcesu dwa wydają się szczególne: pieniądze i władza.
Tak się niestety często składa, że te dwa wartościowe cele są osiągane przez te same osoby. Prezesi firm i członkowie rządów, choć jedni tylko opłacani, drudzy zaś niejako zatrudniani przez obywateli, mają ze sobą co najmniej jedną rzecz wspólną: nie tylko sprawują realną władzę, lecz w dodatku za to sprawowanie władzy są sowicie wynagradzani. Tak więc sprawują kontrolę nad jakimiś aspektami życia innych ludzi (pracowników, klientów, podatników), a jakby satysfakcja z tego płynąca sama w sobie nie stanowiła wystarczającej gratyfikacji, pełnymi garściami, w sposób niejako naturalny, czerpią z kasy. To jednocześnie realizowanie dwóch celów, równoległe sięganie po dwie wartości, stanowi pokusę nadmierną, często przyciągającą jednostki pazerne i niemoralne. Skoro ktoś już rządzi – przymusza do pracy ponad siły, odbiera opiekę socjalną, wysyła na wojny lub sprowadza je do kraju – to powinno mu chyba wystarczyć. Takie decydowanie o życiu innych, w poszczególnych razach nawet o biegu historii, wydaje się wystarczająco rajcowne, by przyciągnąć niejedną Ewę i całe rzesze różnych Gowinów.
Ludzie władzy, korporacyjnej czy publicznej, wywierają ogromny wpływ społeczny, sprawują kontrolę, są podmiotami, mają poczucie, że to oni/one stanowią, z nimi należy się liczyć, ich nasłuchiwać, prosić, chwalić i krytykować. Wiedzą, że to wokół nich kręci się jakaś znacząca część świata. Są ważni, wpływowi, wysoko postawieni w hierarchii. Ich samoocena zyskuje, a niektóre społeczne gratyfikacje są nieporównywalne z tymi, które stają się udziałem maluczkich.
Rządzący dostają – z perspektywy psychologicznej – bardzo dużo dzięki samemu sprawowaniu rządów. Dostają więcej niż szeregowi pracownicy i obywatele, niż tak zwani zwykli ludzie. Za co mamy im płacić więcej niż innym? Za to, że i tak, z punktu widzenia zaspokajania ludzkich potrzeb, dostają tyle, co mało kto?
Jeśli ktoś ma władzę, w pewnym sensie wystarczająco wiele dostaje od życia. Może zrobić dużo dobrego jednym, zaś skrzywdzić, intencjonalnie lub nie, innych. Dzięki sprawowaniu władzy zaspokaja parę centralnych potrzeb: poczucia własnej wartości (ma wysoką samoocenę), sprawowania kontroli (widzi związek między swoimi działaniami a ich efektami), akceptacji społecznej (wiele osób popiera go/ją lub przynajmniej to okazuje). Sprawujący władzę często ma też przekonanie o tym, że ma rację. Krytyka częściej pochodzi z ust przeciwników biznesowych czy politycznych, może być więc negowana i odrzucana, natomiast poparcie płynie od usłużnych podwładnych i od własnego zaplecza partyjnego. Nic, tylko chłonąć i napawać się. Mało kto spośród niesprawujących władzy osiąga aż tyle oczywistych gratyfikacji związanych z obrazem własnej osoby i relacjami z innymi ludźmi.
Władza sama w sobie stanowi więc dobro, bogate źródło różnego rodzaju psychologicznych zaspokojeń. Tak cenne dobro nie wymaga już marnych uzupełnień w postaci pieniędzy. Sprawowanie władzy i domaganie się za to pieniędzy to doprawdy gruba nieprzyzwoitość. Mniej ważne wydaje się to, czy prezes spółki przyzna sobie czterysta pięćdziesiąt a górnofotelowa marszałkini czterdzieści pięć, czy na odwrót. Sam fakt, że ci ludzie, tak bogaci władzą, oczekują czegoś więcej niż średnia (bądźmy hojni, niech zarabiają ponadprzeciętnie!) krajowa to czysta bezczelność.
Panie i Panowie Panujący, wybierajcie: albo władza, albo pieniądze. Kapitalizm poradzi sobie bez waszej pazerności. A jeśli nie, to trudno. Przecież zawsze można coś w jego miejsce bezinteresownie wymyślić.