Byłem parę dni temu na przyjęciu, na którym byli prawie sami prawnicy, w większości Żydzi. Rozmowy toczyły się głównie wokół nowego rozdziału niekończącej się nigdy opowieści o konflikcie izraelsko-palestyńskim. Spędziłem dużo czasu rozmawiając z trzydziestoletnią R. Było miło, piliśmy wino grała muzyka, a R. przeklinała jak szwec. Jej odmieniane przez wszystkie przypadki "faki" raczej mi nie przeszkadzały, ale w pewnym momencie zapytałem ją, czy aby trochę nie przesadza, biorąc pod uwagę, że stał przy niej, uczepiony jej spódnicy, 2 letni syn. Mówię: "R., rozumiem, że jesteś rozemocjonowana, ale twojemu dziecku uszy więdną." Uśmiechnęła się: "Im szybciej się nauczy, że świat jest wulgarny, brutalny i podły, tym lepiej dla niego."
Izraelska lekcja
REKLAMA
Odpowiedź R. była tylko w części podyktowana jej raczej ponurą wizją rzeczywistości (zrozumiałą w dniach, w których jej rodzina ukrywała się w schronach przeciwrakietowych na przdemieściach Tel-Avivu). Przede wszystkim była jednak podyktowana zdrowym podejściem do faktu posiadania dziecka. W Izraelu dzieci mają wszyscy, mają je wcześnie i mają ich dużo. Posiadanie i wychowywanie dzieci jest częścią życia, ważną, ale normalną. Jest regułą, nie wyjątkiem. Siłą rzeczy dzieci spędzają więc z dorosłymi bardzo dużo czasu, łącznie z czasem, który ich rodzice spędzają w barach czy restauracjach. Są przyzwyczajone do przeklinania i do dymu papierosowego. W Izraelu nikt się, krótko mówiąc, z dzieciakami nie cacka.
Trudno o większy kontrast w podejściu do dzieci pomiędzy tym w Izraelu, a tym w miejscu, w którym z R. rozmawialiśmy, czyli w Nowym Jorku. W Nowym Jorku (może precyzyjniej, na Manhattanie) dzieci są akcesoriami, są jak ładne, drogie torebki, są prezentem dla ukoronowania kariery. Dziecko przed 40tką? Cóż za fanaberia, nie jesteśmy "dzikusami" z lasu. "Piesek? Piesek, tak. Piesek zaspokaja nasze potrzeby emocjonalne w wystarczającym stopniu na tym etapie życia. Też można mu kupić ubranko, też można go wysłać do szkoły. Można go nawet wozić w wózku" - tyle można wywnioskować biegnąc sobie popołudniu po parku. [zob. też mój tekst "Matki wózkowe."]
Pomyśałem sobie o mojej rozmowie z R. i o tym, jak kpiła z "nowojorskiego" podejścia do posiadania dzieci, kiedy czytałem dzisiaj artykuł w "naTemat" o tym, że dziecko chce mieć i Kuba Wojewódzki i Magdalena Cielecka. O tym, że młode polskie kobiety oburzają się na słowa prezydent Warszawy, Hanny Gronkiewicz-Waltz, że "kobiety z jej pokolenia wiedziały, że dziecko trzeba mieć przed 30tką." Nie wiem czy to jest sprawa "pokoleniowa" czy raczej kwestia stanu umysłu. Stan umysłu kobiet Izraela jest oczywiście pochodną sytuacji politycznej, w której ich ojczyzna się znajduje. Ich zdrowe podejście do faktu posiadania dzieci jest, w pewnym sensie, i w pewnym stopniu przejawem ich patriotyzmu.
Nie chcę przez to sugerować, że kobiety powinny mieć dzieci przed 30tką, albo że powinny ich mieć dużo. To jest sprawa i decyzja kobiet. Izraelska lekcja dotyczy jedynie motywacji, którymi kobieta może się kierować myśląc o macierzyństwie. Na decyzję o posiadaniu dzieci może wypływać nie tylko to, czy "w pracy są projekty czy nie", nie tylko zegar biologiczny, ale też jakieś elementarne poczucie odpowiedzialności za wspólnotę. Wspólnocie, a zresztą, niech padnie tu to piękne słowo, POLSCE kobiety mogą ofiarować rzecz najważnieszją - persepktywę przetrwania, albo - w wariancie bardziej optymistycznym - trwania w dobrobycie i komforcie.
