Osią dnia w polityce równościowej było wczoraj posiedzenie sejmowej komisji ds. UE, gdzie dyskutowany był projekt dyrektywy komisarz Reding o kwotach dla kobiet w radach nadzorczych i zarządach spółek giełdowych. Niektórzy jej członkowie, żeby nie dać się szerzyć tej gorszącej idei, szukali wsparcia w konstytucji. Inni twierdzili po prostu, że to nie ma sensu, bo kobiety nie mają aż takich aspiracji.
REKLAMA
Kobiety stanowią ponad 60% absolwentów szkół wyższych, ponad 70% uczestników studiów podyplomowych, stanowią 38% pracodawców i zajmują połowę stanowisk na średnim szczeblu menadżerskim. Ale tylko 12% kobiet jest w zarządach spółek giełdowych i mniej niż 3 % zajmuje stanowiska prezesów firm. Nie pomogły wezwania do dobrowolnych zmian – dysproporcja pozostała. Dlatego Viviane Reding, charyzmatyczna komisarz ds. praw człowieka, postanowiła rozwiązać problem przy pomocy unijnej dyrektywy.
Przygotowałam stanowisko rządu do dyrektywy – kierunkowo popierające, z kilkoma propozycjami zmian, które uelastyczniają i „rozmiękczają” zapisy dyrektywy. Poparliśmy zasadę, że w przypadku dysproporcji płci w zarządach i radach nadzorczych, należy przygotować przejrzyste zasady powoływania kandydatów do rad i dobierać ich tak, aby spośród osób o równych kwalifikacjach wybierać płeć niedoreprezentowaną, aż do osiągnięcia kwoty. Nie wolno dobierać do zarządu kobiet lub mężczyzn tylko dlatego, że należą do mniejszości w danej radzie. Chodzi o to, by w końcu liczyły się kompetencje. Dziś nie są one najważniejszym kryterium wyboru, chyba że uznamy kobiety jako istoty biologicznie nieprzystosowane do zarządzania na wyższych szczeblach, co byłoby tezą kuriozalną.
Komisja sejmowa przebiegła burzliwie i padło wiele wstydliwych dla parlamentu głosów. Posłanka Pawłowicz mówiła o ideologii i konstytucji, chociaż jedyna opinia konstytucyjna, jaką dysponowaliśmy w tej sprawie pochodząca z Instytutu Praw Człowieka PAN z Poznania, była pozytywna dla kwot w biznesie. Inni parlamentarzyści, zwykle panowie z wąsami, krytykowali i wyśmiewali w czambuł wszystko, co było w dyrektywie. Kwoty poparł Lewiatan, ale już Pracodawcy RP uznali, że dyrektywa pogłębi dyskryminację (sic!). Najbardziej smakowity kąsek z tej opinii zacytuję dokładnie: „Zastosowanie parytetów w polskiej gospodarce jest bardzo trudne – przede wszystkim dlatego, że kobiety w Polsce nie mają tak wysokich ambicji zawodowych. Z badań wynika, że dla 40% kobiet szczytem marzeń jest osiągnięcie stanowiska kierowniczego na średnim szczeblu. Istnieje niebezpieczeństwo, że w razie narzucenia parytetów w Polsce zabrakłoby odpowiedniej liczby wysokiej klasy menedżerów zdolnych sprostać stawianym wymaganiom”.
I jeszcze: „Legislacja nie rozwiązuje problemu, jakim jest zmiana świadomości społecznej i przełamywanie stereotypów płciowych. Nawet najlepsze prawo nie zmusi też kobiet do podjęcia zatrudnienia, w sytuacji, gdy tego nie chcą.”
Gdyby Donald Tusk myślał tak jak Pracodawcy RP, w życiu nie byłabym ministrem. Nie dlatego, że nie miałam takich aspiracji. Przecież Premierowi nie przyszłaby do głowy kobieta kiedy konstruował rząd, gdyby sądził, że żadna z nas nie ma aspiracji do bycia ministrem. A rady nadzorcze obsadza się mniej więcej podobnie jak rząd – to nie jest otwarty konkurs ani egzamin. Tak więc sposób myślenie ma kluczowe znaczenie dla końcowego efektu.
Gdyby Donald Tusk myślał tak jak Pracodawcy RP, w życiu nie byłabym ministrem. Nie dlatego, że nie miałam takich aspiracji. Przecież Premierowi nie przyszłaby do głowy kobieta kiedy konstruował rząd, gdyby sądził, że żadna z nas nie ma aspiracji do bycia ministrem. A rady nadzorcze obsadza się mniej więcej podobnie jak rząd – to nie jest otwarty konkurs ani egzamin. Tak więc sposób myślenie ma kluczowe znaczenie dla końcowego efektu.
Dlatego jeśli nie zmienimy myślenia, wielka unijna baza danych 8 tys. kobiet gotowych do pracy w radach nadzorczych i zarządach spółek na nic się nie przyda.
