Film „Nasze matki, nasi ojcowie” pełni w niemieckim społeczeństwie podobne funkcje jak serial „Czas honoru” w Polsce – stara się odbudować zbiorową tożsamość dokładnie tam, gdzie ją utracono, dlatego odwołuje się do wzorców pozytywnych, wszystkie inne spychając na margines. To nie jest film o wojnie, ale o tym jak w czasie wojny ocalić człowieczeństwo. Młodzi Niemcy mają prawo uznać nazizm za zajawisko obce i zewnętrzne wobec ich tożsamości – nie po to, żeby o nim zapomnieć, ale po to, żeby go odrzucić bardziej konsekwentnie niż ich ojcowie i to także na płaszczyźnie emocjonalnej.
REKLAMA
Potknięcia autorów filmu trafnie ujął Gerhard Gnauck, warszawski korespondent „Die Welt” (TVP1 19.06.). Scenariusz, w którym piątka belińskich inteligentów zderza się w warunkach frontowych z polskimi chłopami, w naturalny sposób faworyzuje tych pierwszych, zwłaszcza, że to postacie pierwszoplanowe. To zderzenie wypadłoby wiarygodniej, Gnauck o tym nie wspomniał, gdyby niemieccy bohaterowie częściej trafiali na równych sobie, a świat, w którym ich umieszczono, nie był tak dramatycznie obcy, zwłaszcza, że to nie był świat, który ich nagle sobą zaskoczył w roku 1941 (początek fabuły filmu), ale który znali i w którym żyli od dekady. Od autorów scenariusza nie można jednak wymagać zbyt wiele. Realne napięcia ujęte środkami artystycznymi bywają dla masowego widza mniej atrakcyjne i mniej czytelne niż komiksowe uproszczenia, na które w tym wypadku zdecydował się producent.
W Armii Krajowej mogły się zdarzać antysemickie zachowania lub incydenty z udziałem pojedynczych żołnierzy, aczkolwiek trudno wyobrazić sobie, że mogły one pozostać bezkarne, zwłaszcza, że historia nie zanotowała bodaj ani jednego antysemickiego działania AK jako instytucji, w postaci atysemickich rozkazów, operacji, raportów, czy choćby zaniecheń. W nazistowskich Niemczech ta sprawa wyglądała zupełnie inaczej, tymczasem scenariusz filmu nie zachowuje w tym względzie żadnych proporcji. Wydaje się, że dojrzałe, podmiotowe postawy są w AK równie rzadkie jak w Wermachcie, a podziemne państwo polskie i jego armia są prawie tak samo zepsute jak hitlerowska Rzesza.
Doskonale rozumiem surowe prawa Melpomeny. Dramat staje się pełniejszy, gdy jeden musi samotnie przeciwstawić się wszystkim. Jeśli chcemy, żeby widz utożsamił się z wartościami, musimy mu uprzytomnić, że można ich skutecznie bronić także wtedy, gdy nikt ich nie broni. Polski widz nie czuje potrzeby bronienia elementarnej przyzwoitości przed oficerem AK, bo dla polskiego widza nawet szeregowiec AK jest synonimem przyzwoitości większej niż ci wszyscy, z kim przyszło mu walczyć (także po roku 1945), ale w przypadku niemieckiego widza sytuacja jest inna. On ma prawo się spodziewać, że podłość zwana nienawiścią rasową była w latach 40. w Europie powszechna, więc trzeba było przeciwstawiać się jej wszędzie, nie tylko w hitlerowskich Niemczech, petainowskiej Francji czy tisowskiej Słowacji, ale także w Polsce i to nawet w grupie zaprzysięgłych antyhitlerowców pod bronią.
Jestem skłonny bronić praw autora scenariusza do takiego stawiania sprawy, pod jednym wszakże warunkiem, że te uproszczenia nie będą drwić z ofiar i z historii. Młody niemiecki widz ma bowiem prawo wiedzieć, że dokładnie w tym samym czasie, gdy jego ojcowie i dziadowie mogli jedynie milczeć wobec zbrodni nazizmu, ich sąsiedzi nad Wisłą mogli znacznie więcej, mimo iż żyli w okupowanym kraju, wciąż bowiem żyli wśród swoich, z którymi wspólnie bronili tych samych wartości, stworzyli dla nich armię i podziemne państwo, oraz że ci, którzy z ich grona z tych właśnie wartości drwili, należeli do wyjątków, nawet we własnych oczach nie zasługujących na szacunek.
