Film „Układ zamknięty”, który zaledwie kilka dni temu wszedł na ekrany kin, bije rekordy popularności – choć nie odkrywa tak naprawdę niczego nowego. Z publikacji medialnych, alarmujących o problemach przedsiębiorców, wywołanych przez polską biurokrację – celowo bądź z powodu braku wyobraźni niektórych urzędników – można by już założyć pokaźną bibliotekę. Opinie, że pierwszy milion trzeba ukraść, a przedsiębiorca to osoba, która śpi na pieniądzach i nic nie robi, są dzisiaj o wiele rzadsze, niż jeszcze kilkanaście lat temu. Wciąż jednak czeka nas długa droga do wykorzenienia krzywdzących stereotypów. Dlatego "Układ" może mieć duże znaczenie dla zmiany postrzegania ludzi biznesu w Polsce. Między innymi na ten temat mieliśmy przyjemność dyskutować 8 kwietnia na seminarium Fundacji "Teraz Polska" i Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN pt. „Sztafeta pokoleń. Dylematy etyczne młodych przedsiębiorców”.
Społeczny wizerunek przedsiębiorcy, jak podkreślił poseł Szejnfeld, nadal jest problemem. To efekt m.in. dwupokoleniowej przerwy w budowaniu etosu przedsiębiorcy i propagandy czasów PRL, gdzie „prywatna inicjatywa” była oficjalnie symbolem kombinatorstwa i wyzysku. Co więcej, nawet kiedy poluzowano nieco gorset socjalistycznych ograniczeń i uchylono szerzej drzwi dla prywatnych ajentów i rzemieślników, to nie pozostawiano wątpliwości, że działają oni z łaski władzy. Niejeden z nich przekonał się, że wystarczy podpis urzędnika, by domiar (podatek) zniszczył owoce wieloletniej pracy.
Przemiany demokratyczne w sferze rynkowej stały się rewolucją. Praktycznie z dnia na dzień ledwie tolerowani „prywaciarze” mogli rozwinąć skrzydła, a nawet oficjalnie stali się podporą polskiej gospodarki. Szybko budowano polską klasę biznesową, niestety mniej dbając o jej wizerunek.
Efekty tego widoczne są do dziś. O ile w czasach realnego socjalizmu przedsiębiorców otaczał swego rodzaju podziw dla ich inicjatywy i umiejętności lawirowania w dżungli absurdalnych regulacji – mimo oficjalnej nagonki – to wystarczyło kilka lat po Okrągłym Stole, by ten wizerunek diametralnie się zmienił. Z jednej strony zamykane zakłady i rosnące bezrobocie, z drugiej – szybko mnożąca się grupa milionerów, oglądająca świat zza przyciemnianych szyb luksusowych aut.
Rozpanoszył się populizm, tak bardzo kuszący jako sposób zdobywania popularności przez polityków. Trzeba uczciwie powiedzieć, że dość późno zabrano się za jego zwalczanie. Ma rację poseł Szejnfeld, twierdząc, że trzeba długich lat, by proces ten odwrócić.
Kluczem do tego powinno być pokazanie prawdziwego oblicza polskiej przedsiębiorczości, której filarem są właśnie ludzie tworzący firmy rodzinne. Jak przypomniał prof. Blikle, o ile w Unii Europejskiej odsetek firm rodzinnych (nie licząc sektora rolnego) wynosi 60 proc., to w Polsce przekracza on 70 proc. Nadrzędnym wyzwaniem tych firm, jak podkreślił profesor, jest sukcesja, a co za tym idzie, dialog międzypokoleniowy. Bez tego firma rodzinna po prostu przestaje istnieć.
Niestety, polski ustawodawca nie dostrzega specyfiki polskiej przedsiębiorczości w tym zakresie – a szkoda. W tych podmiotach tkwi bowiem nasz ekonomiczny potencjał.
Zresztą zarzuty można kierować nie tylko w stronę tworzących prawo, bowiem także system edukacyjny ma sporo do nadrobienia.
Wracając do „Układu zamkniętego” – trzeba dostrzegać nie tylko objawy, ale i przyczyny patologii. Czy gdyby przez wiele lat w Polsce inaczej patrzono na przedsiębiorców, gdyby niektórzy politycy wstrzymali się z populistycznymi atakami na „bogatych”, wreszcie gdyby prawo tworzono nie przeciw przedsiębiorcom, ale wychodząc naprzeciw ich możliwościom tworzenia miejsc pracy – czy wówczas takie historie nie byłyby jedynie wytworem wyobraźni scenarzysty?
