Wydawałoby się, że na tle wielu europejskich państw Polacy mają w swojej historii naprawdę mało momentów, których powinni się wstydzić. I nie ma to nic wspólnego z pojmowaniem własnych dziejów z mesjanistycznego punktu widzenia z Polską jako pępkiem świata. A jednak – coraz więcej tematów oraz wydarzeń, głównie z najnowszej historii, budzi niesłabnące kontrowersje. Do tej listy dodano ostatnio również Powstanie Warszawskie. Czy nie zaszkodzi to tak potrzebnemu budowaniu poczucia dumy z Polski i nowoczesnego patriotyzmu?

REKLAMA
Odpowiedź zależy od tego, czy będziemy umieli w mądry sposób rozróżnić dyskusje i własne interpretacje od sposobu pokazywania faktów. Nie można po prostu uznać, że są wydarzenia i osoby, otoczone takim nimbem, że sama próba podjęcia jakiejkolwiek dyskusji opartej na wymianie poglądów i racjonalnych opinii jest skandalem. Jeśli ktoś chce na publicznym forum pleść bzdury czy popisywać się ignorancją, to już jego problem. Czym innym jest negowanie faktów lub interpretowanie ich przez pryzmat własnych zapatrywań. Niech zilustruje to wspomniany na wstępie przykład Powstania Warszawskiego. Przez pół wieku z wiadomych powodów, unikano rozważań nad słusznością tego zrywu. Był on bowiem symbolem polskiej wolności, a symboli, szczególnie w trudnych czasach, kalać nie wypada. Kiedy w końcu ta kwestia stała się przedmiotem debat historyków i publicystów, rzeczowa dyskusja została – przynajmniej w mediach – zdominowana przez dwie skrajne oceny. Skrajności, jak wiadomo, dobrze się sprzedają… A zatem najczęściej możemy przeczytać albo pełne oburzenia komentarze tych, którzy Powstanie uznają za sacrum, o którym się nie dyskutuje, albo oceny odsądzające od czci i wiary powstańczych dowódców. A przecież spory o polityczne i historyczne skutki zrywu nie mogą zmienić faktu, jakim jest bohaterstwo żołnierzy walczącej stolicy. Tak samo formułowane po dwóch dekadach opinie na temat Okrągłego Stołu nie zmieniają faktu, że dzięki temu porozumieniu powstała demokratyczna, wolnorynkowa Rzeczpospolita.
Wkrótce na ekrany wchodzi film „Sierpniowe niebo. 63 dni chwały”. Premiera w warszawskim Teatrze Narodowym odbędzie się 10 września. Nie spodziewam się, że będzie wokół niego tak głośno, jak wokół „Pokłosia”. Bo to film nie o dziejowych dylematach (które zbyt często i zbyt łatwo próbujemy przenosić na współczesność), a o zwykłych bohaterach powstania. Jednak to między innymi na takich obrazach buduje się poczucie więzi z własnymi korzeniami, poczucie dumy z tego, co naszą historią wnosimy do Europy. Żeby skutecznie promować na świecie Markę Polska, sami lokalnie musimy uwierzyć w jej wartość…