Nazajutrz po eksplozji informacji o niedoszłym wybuchu miałam nieprzyjemność pobytu w poczekalni Straży Miejskiej. Z dziesięć osób z wezwaniami w rękach. Kilku panów głośno wyrażało żal, że ciężarówka z trotylem jednak pod sejmem nie wybuchła. Twierdzili, że wszyscy, z którymi rozmawiali są takiego zdania. Bo Polska jest rządzona przez okupantów działających antynarodowo. Reszta obecnych albo im przytakiwała, albo milczała. W pewnym momencie jeden z milczących panów, który stawał się coraz bardziej purpurowy, zerwał się i wyszedł.

REKLAMA
Niemal dokładnie 10 lat temu (27 grudnia 2002 r.) w Groznym dwie naładowane trotylem (w ilości jednej tony), prowadzone przez „śmiertników” ciężarówki wysadziły w powietrze budynek Rządu Czeczeńskiej Republiki, w którym pracowali prorosyjscy Czeczeni. Zginęło 71 ludzi, ponad 300 zostało ciężko rannych, około dwustu – nieco lżej. Kończyny, głowy i inne fragmenty ciał znajdowano i w dużej odległości od miejsca wybuchu. Krew płynęła strumieniami.
Rok 2002 to apogeum kolejnej wojny, którą Kreml wydał Czeczenom. Po dwuletnich już wtedy bombardowaniach z Groznego zostały niemal tylko gruzy, liczba zabitych cywilów sięgała ćwierć miliona (o kalekach już nawet nie wspominając). Absolutna większość Czeczenów uważała ówczesne władze, wybrane pod lufami automatów, za okupacyjne. I takiż – reprezentowany przez nie rząd. Ale nawet w tej większości trudno było znaleźć wielu pochwalających ten barbarzyński akt.
A u nas - wybrany w legalnym, demokratycznym głosowaniu rząd, i tak też wybranego prezydenta „prawdziwi Polacy” nazywają okupacyjnym; wszystkich, którzy odrzucają brednie o zamachu pod Smoleńskiem - zdrajcami, z których „co dziesiątego należy wystrzelać”; państwo, w którym co i rusz spokojnie tworzą nowe, ziejące nienawiścią media – jest dla nich państwem totalitarnym. Czy to wszystko nie działa jak bomba z opóźnionym zapłonem?
A my, opluwana, gnojona przez nich na każdym kroku reszta, spokojnie nie wychodzimy na prezydencki marsz uświetniający naszą, ciężko wywalczoną niepodległość; nasi udemokratycznieni dziennikarze prześcigają się w wyciąganiu przed kamery i mikrofony osobników ziejących nienawiścią; nasze tabloidy bezkarnie czynią z nich bohaterów; zaś my - napastowani przez nich w rozmowach – umykamy, bezsilnie – wobec rosnącej piramidy trotylowych bzdur – wzruszając ramionami.
Nie możemy przecież – jak ten człowiek w poczekalni – zerwać
się i wyjść. Nie możemy – bo tu jest nasze miejsce. Miejsce, pod którym tyka bomba nienawiści.