Ostatnie 2 tygodnie przyniosły artykuły opisujące dwie świetne europejskie uczelnie - brytyjską London School of Economics i francuskie Sciences Po. Czas na porównanie i podsumowanie sylwetek obu uczelni.
REKLAMA
Przemysław Gotfryd do Wielkiej Brytanii przybył w wieku lat 17. Jest studentem ekonomii na London School of Economics, a zeszły rok akademicki spędził na wymianie zagranicznej na paryskim Sciences-Po. Korzystając z elastyczności czasowej uczelni, Przemek podczas swojego licencjatu zorganizował konferencję poświęconą funduszom inwestycyjnym oraz pomógł rozwinąć skrzydła organizacji charytatywnej. W wolnym czasie gra w tenisa i biega długodystansowo.
W poniższym artykule chciałbym skontrastować ze sobą naukę na dwóch uczelniach europejskich – London School of Economics (LSE) oraz Institut d'Études Politiques de Paris (Sciences-Po).
Pomimo dzielącego je Kanału La Manche, obie szkoły, które specjalizują sie w naukach społecznych, łączy całkiem sporo - od historii począwszy. Kiedy w 1895 roku Towarzystwo Fabiańskie zakładało LSE, wzorowało się własnie na modelu Sciences-Po pod względem nauczanym przedmiotów. W tym momencie obie szkoły są bardzo międzynarodowe (na LSE ok. 60% studentów pochodzi spoza Wielkiej Brytanii, reprezentując więcej krajów, niż zgromadzenie ONZ; na Sciences-Po ten odsetek leży poniżej 50%, ale nadal pozostaje wysoki). Niejednokrotnie w klasie mieszczącej 25 osób spotyka się 15 narodowości.
Praktycznie
Sciences-Po ma kilka kampusów rozsianych po całej Francji. Każdy z nich specjalizuje się w konkretnym regionie geograficznym świata (pod względem badań naukowych oraz studentów, którzy dany kampus zamieszkują, tak więc w Menton znajdziemy osoby zajmujące się studiami Bliskiego Wschodu i Morza Środziemnego, a studenci z tego regionu będą stanowić sporą proporcję ciała studenckiego). Kampus paryski (generalistyczny pod względem specjalizacji), w którym ucząc się miałem okazję spędzić rok, znajduje się na tzw. Lewym Brzegu Sekwany w sławnej Dzielnicy Łacińskiej. ‘Kampus’ w przypadku Paryża nie wlicza akademików studenckich. Studenci mieszkają – już od pierwszego roku – w prywatnie wynajmowanych mieszkaniach lub tzw. ‘foyer’, które często prowadzone są przez instytucje charytatywne lub stowarzyszenia religijne. Spora część studentów od urodzenia mieszka w Paryżu.
W przypadku LSE jest to jeden kampus zlokalizowany w centrum Londynu, mniej więcej w połowie dystansu z upolitycznionego Westminster do finansowego City of London. Uniwersytet zapewnia akademiki na pierwszy rok studiów (są one idealnymi miejscami do poznania najlepszych przyjaciół na całe życie), po którym ludzie rozpraszają się po całym mieście lub próbują zdobyć pokój w jednym z wielu akademików Uniwersytetu Londyńskiego (którego LSE stanowi część).
Studia w obu przypadkach są odpłatne, lecz na szczodrą pomoc finansową może liczyć każdy, kto na studia się dostanie. Na Sciences-Po pomoc zależy od wysokości dochodu rodziny, a czesne wynosi od 0-9,800 euro za rok. Na LSE stawka za czesne jest jedna – w tym roku to 8,500 funtów za rok, na które zazwyczaj bierze się pożyczkę od sponsorowanej przez rząd brytyjski instytucji (the Student Loan Company). Dodatkowo LSE przyznaje sporo pomocy materialnej w postaci stypendiów naukowych dla najlepszych oraz stypendiów socjalnych ze względu na dochody rodziny (szczegóły na http:// www2.lse.ac.uk/intranet/students/moneyMatters/home.aspx). Natomiast ceny studiów magisterskich można znaleźć tutaj - http://www2.lse.ac.uk/intranet/students/moneyMatters/tableOfFees/2013-14.pdf.
Sylwetki
Jeszcze ok. 20 lat temu przeciętny student Sciences-Po wywodziłby się z francuskiej rodziny z tradycjami, gdzie ciocia lub wujek uprawia zawód polityka lub odbywa misję dyplomatyczną w którymś z egzotycznych krajów. Od tamtego czasu kompozycja ciała studenckiego tej uczelni uległa znaczącym zmianom, stając się zdecydowanie bardziej egalitarną i międzynarodową. Nadal jednak wstępując między XVII-wieczne mury Sciences-Po da się poczuć typowo paryską rezerwę i – nierzadko - przerost formy nad treścią, czy to w kontaktach międzyludzkich pomiędzy lokalnymi studentami a ludźmi z prowincji/z zagranicy czy też jeśli bierze się pod uwagę narzucanie często bardzo sztywnych struktur prezentacji/wypracowań.
LSE pod tym względem prezentuje dużo bardziej optymistyczny obraz spójnego ciała studenckiego. Być może wynika to z dużo praktyczniejszego anglosaskiego podejścia do życia, być może z większej ilości centralnych inicjatyw spajających studentów czy też większego zaangażowania w kluby i stowarzyszenia studenckie, gdzie rodzą się trwałe przyjaźnie.
Akademicko
Filozofia programu nauczania na Sciences-Po zakłada, ze absolwenci tej elitarnej francuskiej uczelni będą ludźmi bardzo dobrze wykształconymi, ze sporą – jeśli chodzi o dyscypliny nauki, a konkretnie nauki społeczne – aczkolwiek niekoniecznie dogłębną wiedzą. Wszystko gwoli wykształcenia przyszłych politycznych elit nadsekwańskiego kraju. Tak więc przeciętny student ‘na licencjacie’ będzie uczęszczał na zajęcia ze stosunków międzynarodowych, ekonomii, filozofii, prawa, socjologii, antropologii, geografii czy zarządzania, zgłebiając jedną lub dwie z wymienionych dyscyplin. Zazwyczaj mowa jest o 5-10 przedmiotach na rok. Pierwsze dwa lata studiów spędza się na uczelni, natomiast na trzeci rok wybiera się jedną z dwóch opcji: 1/ wyjazd na wymianę zagraniczna (do jednego z ponad 300 uniwersytetów partnerskich) lub 2/ praca w organizacji, podczas której student zgłebi swoją wiedzę na temat konkretnej dyscypliny i/lub nabędzie praktycznych umiejętnosci (od ambasad francuskich po banki inwestycyjne). Studia magisterskie na Sciences-Po trwają dwa lata. Tutaj oferowanych jest wiele kierunków, w ramach których jeden rok spędza się na jednym z zagranicznych uniwersytetów partnerskich (np. Uniwersytecie Columbia w Nowym Jorku, London School of Economics lub polskiej SGH).
Licencjat na LSE składa się z trzech lat nauki przedmiotów ściśle związanych z wybranym podczas aplikacji kierunkiem, więc zdobywa się wiedzę węższą, ale bardziej dogłębną. Na każdym roku jest możliwość wyboru jednego (lub więcej) przedmiotów spoza własnego wydziału (na 4 przedmioty co roku), co powinno pozwolić na poszerzenie horyzontów. Bardzo nietypowe jest wyjeżdżanie na wymiany zagraniczne z LSE (szkoła jednak szczodrze przyjmuje studentów z zagranicy, z których wielu często zostaje i kontynuuje tutaj naukę). Program wymiany ze Sciences-Po jest szczęśliwym wyjątkiem (10 miejsc). Studia magisterskie nie odbiegają formą i treścią od tych oferowanych przez Sciences-Po (uwględniając wiele programów partnerskich z innymi uczelniami), choć oczywiście LSE jest dużo bardziej przechylone w stronę ekonomii oraz finansów.
Zajęcia na Sciences Po składają się ze standardowych wykladów oraz mniejszych seminariów w klasach. W mniejszym klasowym gronie bardzo często stymulowane są dyskusje, a studentów skłania się do formułowania własnych opinii na omawiane tematy. W porównaniu do LSE, styl zajęć prowadzonych w mniejszych grupach wydawał mi się bardziej sztywny od tego, do którego przyzwyczaiłem się na LSE – jeżeli nauczyciele byli Francuzami, to wyczuć można było stosowny dystans dzielący ich od studentów. Być moze wynika to z różnicy pomiędzy anglosaskim (per ‘You’) a tzw. na Wyspach kontynentalnym (per ‘Pan/Pani’) stylem nauczania.
Zdecydowanie warto podkreślić nacisk kładziony na sztukę retoryki, szlifowaną przez przygotowanie wielu prezentacji ustnych w klasach (tzw. ‘expose’). Po wygłoszeniu 5-20 starannie ustrukturyzowanych prezentacji w ciągu jednego roku akademickiego można by powiedzieć, że wielu studentów Sciences-Po przewyższa niejednego polskiego ‘erudytę’ z 10-letnim doświadczeniem przy ulicy Wiejskiej. Nic więc dziwnego, że ogromną popularnością wśród rokujących polityków cieszy się klub debat, ‘Sciences Polemiques’, którego głównym wydarzeniem jest konkurs oratorski, w jury którego często zasiadają profesorowie i postaci ze świata francuskiej polityki.
Biblioteka. Tak. Do biblioteki przynajmniej kilka razy do roku - chcąc nie chcąc - przeciętny student zagląda. Pod tym względem wygrywa LSE, które szczyci się największą kolekcją pozycji ze sfery nauk społecznych w Europie (jeżeli nie na świecie). Jest to spory przestronny budynek z dużą liczbą miejsc do pracy i sporą ilością relatywnie świeżego powietrza. Cenionym dodatkiem są wielkie niebieskie poduchy zdobiące najniższe piętro, gdzie można się zrelaksować czy uciąć sobie przyjacielską pogawędkę. Biblioteka Sciences-Po, pomimo, że rozłożona na dwa budynki, przyprawia najczęściej o palpitacje i ból głowy z powodu a) niewielkiej ilości świeżego powietrza i b) drukarek, które policzyć można na palcach jednej dłoni (a drukowania przed każdym wykładem jest sporo – szczodra sumka 40 euro kredytu drukarskiego, którą otrzymuje się od uczelni wcale nie jest wystarczającą rekompensatą za dużo frustracji). Polecam zakupić osobistą drukarkę.
Po nauce
Z moich obserwacji wynika, że na LSE kluby naukowe i zainteresowań cieszą się większym zainteresowaniem, natomiast studenci Sciences-Po są bardziej nabuzowani akademicko w ciągu roku. Wynika to z zasadniczej różnicy: podczas gdy Sciences-Po przyjęła model częstego oceniania uczniów, którzy końcową ocenę roczną budują poprzez regularne pisanie testów, wygłaszanie prezentacji itp., tak na LSE każdego roku wszystko zależy od oceny z egzaminu końcowego. Tak więc cztery dwucyfrowe liczby definiują każdy rok. W okresie od lutego do maja studenci LSE wioną adrenaliną i stresem, w momencie gdy ludzie na Sciences-Po mogą być już pewni ok. 60-70% swojej końcowej oceny z danego przedmiotu. Stąd wynika wspomniana różnica w aktywności w klubach i stowarzyszeniach. Pewnie nie przesadzę stwierdzając, iż na palcach dwóch dłoni policzyłbym osoby z mojego kierunku na LSE, które nie są zaangażowane w przynajmniej jeden poważny klub/ stowarzyszenie/inicjatywę, wliczając organizację konferencji studenckich z udziałem paruset osób, prowadzenie mniej firmy, której zyski fundują wycieczki do egzotycznych krain, reprezentowanie uniwersytetu w rozgrywkach sportowych na arenie krajowej czy przynajmniej zapraszanie na kampus znanych osób w celu udzielenia wykładów lub wzięcia udziału w szeroko rozumianym ‘networkingu’. Owe inicjatywy są bardzo dobrą okazją by poznać całą masę fantastycznych ludzi interesujących się najprzeróżniejszymi rzeczami. Oczywiście bardzo wiele osób pracuje już w czasie studiów, a letnie praktyki w bankach inwestycyjnych, organizacjach międzynarodowych czy znanych NGOs są standardem.
Pocztówki z uczelni
Sciences-Po: trawnik wewnątrz korpusu przy 27 rue St-Guillaume. Dziesiątki studentów z rozłożonymi notatkami, wesoły gwar kwietniowego popołudnia i (nie)typowy dzwonek szkolny rodem z podstawówki(!) nawołujący na zajęcia. Grupka obok planuje własnie wypad nad brzeg Sekwany przy Notre Dame – bagieta, ser i wino to podstawowa dieta. Kilka metrów dalej z retorycznym zawzięciem dwóch przeszklonych chłopaków z paryskim akcentem rozprawia na temat nadchodzących wyborów prezydenckich.
LSE: tryskająca życiem i gwarem inspirujących rozmów kafejka ‘The Garrick’, z polską obsługą, na rogu Houghton Street i Aldwych. Pełno Mac’ów i mniej lub bardziej pękatych tomisk. Zapach kawy i ciasta, mknące za oknem czerwone double-decker’y . Trójkolorowa grupka przy stoliku obok przekrzykuje się. Słychać tylko ‘Libia’, ‘Iran, ‘Obama’, ‘Goldman Sachs’.
Napisz do Przemka na edu (at) confected (dot) com
