– Mam depresję – płacze mi w słuchawkę pewna moja koleżanka. Po dziesięciu minutach diagnozy przez telefon okazuje się, że koleżanka ma depresję, bo nie ma chłopaka, nikt jej na starość szklanki wody nie poda a jej zwłoki zjedzą owczarki alzackie. Zabrzmiało nawet zabawnie.

REKLAMA
Gorzej, gdyby to nazwać tak bardziej po imieniu, na przykład „mam depresję, bo mam trzydzieści cztery lata, dawno nie byłam w stałym związku, czuję, że nie spełniam oczekiwań społecznych, wydaje mi się, że przyjaciele patrzą na mnie jak na jakieś żałosne kuriozum, matka już dawno przestała zadawać głupie pytania, kończy mi się termin przydatności do spożycia i boję się, że się przeterminuję”. Uznałam, że utrzymanie tego patetycznego tonu pogłębi złe samopoczucie i będzie trzeba wzywać posiłki, więc zaproponowałam tak zwane wyjście do ludzi połączone z degustacją wina. Niestety koleżanka nie wyraziła entuzjazmu, przeciwnie - wyraźnie odmówiła, bo jak tak dalej pójdzie, to skończy nie dość że przeterminowana i zjedzona przez zwierzątka domowe, to jeszcze alkoholiczka.
Chcąc nie chcąc przyznałam jej rację, i zaczęłam tłumaczyć, że znam też kilka mężatek w depresji, bo on pije, bo on bije, bo zdradza, bo nie zauważa, bo pierdoła, bo wszystko na jej głowie, bo od dawna jest dla niej przezroczysty. Co więcej, trawnik po tamtej stronie płotu może być równie wypłowiały, jak ten nasz. Singiel (stara panna, stary kawaler…?) ma dwadzieścia kilka albo trzydzieści kilka, gładą skórę albo zmarszczki, mieszkanie, kredyt i kłopoty ze snem, powroty taksówką o czwartej rano, za dużo czasu dla siebie (albo – za dużo czasu i za dużo siebie), swoje chandry, swoje dołki i swoje koszmary, kokardki, koronki i zabawki, problemy jak gimnazjalistki (nie zadzwonił – nie odpisała – zostawił – zostawiła), wciąż zmienną i niepoukładaną rzeczywistość. Nie ma za to zobowiązań, odpowiedzialności za cokolwiek oprócz siebie, kota i rybek w akwarium, sobotnich kłótni w supermarkecie o kolor papieru toaletowego, nieposłusznych dzieci, mężów w podejrzanie długich delegacjach, obojętnych żon, równo przyciętego trawnika, garażu na dwa samochody, białego domu z kolumienkami, czterech rowerów w piwnicy i wczasów w Egipcie, jesteś pewna, że chcesz się zamienić?
Cóż, nie przekonałam jej wcale i wciąż ma depresję. Co więcej, oberwało mi się zdrowo, usłyszałam, że mam czarno-białe spojrzenie na świat, nic nie rozumiem i w ogóle wszystko się da, jeżeli tylko się bardzo chce. Koleżanka jest tego pewna, ja trochę mniej.
Wracałam wczoraj z pracy kolejką podmiejską i z nudów zaglądałam przez ramię współpasażerce, przeglądającej najnowszy numer „Pani” . Między innymi współpasażerka (a ja razem z nią) przeczytała wywiad z Aleksandrą Kurzak, śpiewaczką operową. Pani Aleksandra odniosła niebywały sukces na wielu scenach operowych na całym świecie, między innymi śpiewa w Metropolitan w Nowym Jorku, czy Covent Garden w Londynie. Absolutna światowa czołówka, a do tego piękna kobieta. Terminy ma zarezerwowane na kilka lat naprzód, a w podróży spędza mniej więcej jedenaście miesięcy w roku. Jedyne, na co narzeka, to fakt, że przy takim trybie życia trudno jest utrzymywać bliższe relacje z mężczyznami, w związku z czym jest sama, a czasem nawet samotna. Zaczęłam wyobrażać sobie diwę operową gotującą mężowi rosół i podającą kapcie, i pomyślałam sobie, że nie może być tak, że można wszystko i za darmo, i zawsze coś kosztem czegoś. Gdyby mi dano wybór Covent Garden czy mąż i kapcie, pewnie wybrałabym Covent Garden.
Nie można być zbyt zachłannym.