Linię mety wyznaczającą koniec maratonu pamiętam do dziś. Znalazłszy się za nią, płakałem, bo nareszcie skończyła się gehenna. Kiedy skończyłem Hendryk Więzik poklepał mnie po ramieniu. W tym geście było wszystko, nie trzeba było słów. Mimo to powiedziałem sobie, że nigdy więcej nie pobiegnę maratonu. Wieczorem na wspólnej kolacji, kiedy już odpocząłem, coraz bardziej skłaniałem się do zmiany podjętej decyzji. Po powrocie do Olsztyna wiedziałem, że z maratonów nie zrezygnuję.
REKLAMA
Właśnie rozpoczęłam sezon biegowy 2013. Ciężko trenuję, codziennie zostawiam litry potu na koszulce i oczami wyobraźni staję na podium swoich marzeń. Bieganie jest moją miłością, a dzięki wewnętrzej motywacji oraz dzięki osobom z mojego otoczenia, które wspierają mnie w walce - mogę powiedzieć, że odnalazłam pasję na całe życie.
Tym bardziej odkopując w archiwum domowym artykuł, który ukazał się w Gazecie Olsztyńskiej 12 marca 1986 roku - na sercu robi mi się ciepło, do oczu napływają łzy radości i ogarnia mnie uczucie dumy. Tak - dumna jestem z Taty, ponieważ po 30 latach wiem, że to co wypracowywał całe swoje życie nie umarło, że żyje wraz ze mną i każdym kolejnym kilometrem, który przybliża mnie do mojego celu.
CZUŁEM ZAPACH CHLEBA
Bogdan Nowak, maratończyk Gwardii Olsztyn na przebiegnięcie 67.756 kilometrów potrzebował 11 lat. Dzień po dniu notował przebieg każdych zajęć. Uzbierały się tego cztery zeszyty. 16 kwietnia 1973 informacja o pierwszym treningu, 2 maja 1984 zapis ostatniego. W domowym archiwum skrzętnie gromadzi wycinki prasowe, proporczyki, puchary. Każda pamiątka ma swoją historię, jest więc co wspominać.
Do Gwardii i lekkiej atletyki trafiłem przypadkowo. Tak jak każdy młody człowiek chciałem robić coś ciekawego. Zajął się mną trener Zdzisław Majchrowicz. Przymierzałem się do skoku w dal. Miałem nawet niezłą technikę, ale brakowało mi predyspozycji do tej konkurencji. Nie robiłem postępów. Trener Majchrowicz dał mi jednak rzetelne przygotowanie ogólne, bez kłopotów więc przemianowałem się na biegacza w grupie Kazimierza Podolaka i rozpocząłem trening przeszkodowca. Tu było już lepiej i wiedziałem, że mogę osiągnąć lepsze rezultaty, niż w skoku w dal.
W roku 1976 kolega klubowy, Henryk Więzik startujący w maratonach namówił mnie do udziału w biegu na 42km 195m. Przygotowania rozpocząłem na 2 miesiące przed startem, bo do tej pory najdłuższy dystans, jaki pokonałem na zawodach wynosił 5km. Wiedziałem, że udział w maratonie to dla mnie duże ryzyko, ale coś mnie korciło i chciałem spróbować. Bardzo zależało mi na ukończeniu maratonu. Chciałem się bowiem przekonać czy podołam. Zależało mi także na udowodnieniu, że startując w maratonie, znajdę swoja najlepszą konkurencję. Linię mety wyznaczającą koniec maratonu pamiętam do dziś. Znalazłszy się za nią, płakałem, bo nareszcie skończyła się gehenna. Kiedy skończyłem Hendryk Więzik poklepał mnie po ramieniu. W tym geście było wszystko, nie trzeba było słów. Mimo to powiedziałem sobie, że nigdy więcej nie pobiegnę maratonu. Wieczorem na wspólnej kolacji, kiedy już odpocząłem, coraz bardziej skłaniałem się do zmiany podjętej decyzji. Po powrocie do Olsztyna wiedziałem, że z maratonów nie zrezygnuję. Na początku korzystałem ze wskazówek kolegi Więzika. Pilnie też słuchałem wszystkich wskazówek zawodników doświadczonych. Po jakims czasie już na podstawie wiedzy oraz znajomości własnego organizmu sam planowałem trening.
Maratończycy to specyficzna grupa sportowców. Każdy z nas wie, ile wysiłku kosztuje bieg i przygotowanie do pokonania dystansu. Młodym zawodnikiem startującym po raz pierwszy w tej próbie wszyscy się opiekują. Udzielają rad, wskazówek, żeby tylko ukończył bieg. Wśród startujących na bieżni nie ma takiej więzi. Nie docenia się zmęczenia kolegi i widzi się w drugim jedynie rywala, którego trzeba pokonać. Maratończycy mają do tego zupełnie inne podejście. Podczas swojej kariery sportowej zawarłem wiele trwałych przyjaźni. Mimo, że od dwóch lat nie jeżdżę na zawody, od kolegów otrzymuję kartki z pozdrowieniami - pamiętają.
Intensywne przygotowania do każdego biegu maratońskiego rozpoczynałem 8 tygodni przed startem. Stosując odpowiednią dietę węglowodanową i białkową w tygodniu pokonywałem ponad 200 kilometrów, a dwa tygodnie przed imprezą niewiele poniżej 200. W czasie diety, kiedy na przykład nie jadłem chleba, czułem wszędzie jego zapach. Powodzenie w biegu maratońskim zależy moim zdaniem od trzech czynników. Trzeba w odpowiedni sposób pokierować przygotowaniami, żeby szczytem formy trafić właśnie w określonym dniu. Ważna jest też trasa, na której rozgrywany jest bieg oraz warunku atmosferyczne. Jeżeli wszystko odpowiada zawodnikowi, można spodziewać się dobrego wyniku.
Sukces sportowy ma dla mnie różny wymiar. Na przykład bardzo cenię sobie jedenaste miejsce w mistrzostwach Polski w 1982 roku, podczas których uzyskałem najlepszy swój rezultat 2:16,41, niż drugą lokatę podczas Maratonu Pokoju, rok później. Do mnie należy rekord okręgu w maratonie. Ma on dla mnie dużą wartośc bowiem w swoim czasie ten, który pobiłem był rekordem Polski.
Przełomowym w mojej karierze sportowej był rok 1983. Wtedy to otrzymałem mieszkanie i urodziła mi się córka, ale za to niewiele czasu miałem na trening. Po okresie mniej intensywnych treningów szybko chciałem nadrobić straty stosując na zajęciach bardzo duże obciążenia. Skutki okazały się odwrotne do zamierzonych. Przed wyjazdem do Koreańskiej Republiki Ludowo-Demokratycznej zacząłem odczuwać okropny ból w kolanie. Nie było mowy nawet o truchcie. Na szczęście po kilku dniach odpoczynku mogłem wystartować. Pamiętam, że po kilku kilometrach ze względu na wysoką temperaturę powietrza strasznie się odwodniłem i musiałem zejść z trasy.
Nastęnie wyjechałem do Moskwy. Tam też nie ukończyłem biegu. Pozbierałem się dopiero na warszawski Maraton Pokoju. Po jego zakończeniu wiedziałem, że potrzebuję odpoczynku i przerwy w treningach. W sporcie nie ma jednak sentymentów. Trzeba startować, osiągać dobre wyniki, zdobywać klasy sportowe. W takiej sytuacji musiałem się na coś zdecydować i w efekcie długich przemyśleń zrezygnowałem z czynnego życia sportowego.
Nastęnie wyjechałem do Moskwy. Tam też nie ukończyłem biegu. Pozbierałem się dopiero na warszawski Maraton Pokoju. Po jego zakończeniu wiedziałem, że potrzebuję odpoczynku i przerwy w treningach. W sporcie nie ma jednak sentymentów. Trzeba startować, osiągać dobre wyniki, zdobywać klasy sportowe. W takiej sytuacji musiałem się na coś zdecydować i w efekcie długich przemyśleń zrezygnowałem z czynnego życia sportowego.
Pracuję obecnie w Wojewódzkim Urzędzie Spraw Wewnętrznych. Jeżeli nie będę odczuwał bólu w kolanie, spróbuję wystartować w jednym z maratonów dla amatorów.
Karierę zakończyłem w wieku 28 lat. Uważam, że stanowczo za wcześnie. Bo na przykład Marczak w tym wieku dopiero zaczynał. Mam pewien niedosyt i kiedy czytam informacje o dobryk lokatach Pierzynki, Wójcika, Wilczewskiego czy Misiewicza, robi mi się żal, że nie jestem z nimi.
Karierę zakończyłem w wieku 28 lat. Uważam, że stanowczo za wcześnie. Bo na przykład Marczak w tym wieku dopiero zaczynał. Mam pewien niedosyt i kiedy czytam informacje o dobryk lokatach Pierzynki, Wójcika, Wilczewskiego czy Misiewicza, robi mi się żal, że nie jestem z nimi.
GAZETA OLSZTYŃSKA 12.03.1986
Dla mnie kariery sportowej Tata nie zakończył nigdy. Przez kolejne dzieści lat biegał i zdobywał podia w swojej kategorii wiekowej, po czym podzielił pasję na wpół z kolarstwem.
Dzisiaj biegam ja.
Dzisiaj biegam ja.
