O autorze
Biegaczka z marzeniem zakwalifikowania się na Igrzyska Olimpijskie w Rio de Janeiro w 2016r. Biega od 14 lat i genetycznie kontynuuje pasję do długich dystansów. Popularyzatorka biegania, która na własnym przykładzie pokazuje, że droga do celu jest najpiękniejszą, a marzeń nie należy się bać. Cel, odwaga, uważność i praca, praca, praca. Redaktor TreningBiegacza.pl oraz Redaktor prowadząca TreningBiegaczki.pl, Project manager w Agencji eventowo-telewizyjnej Tabasco, Aktor dramatu, Biolog molekularny, współpracownik Fundacji Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy.

Tym razem ORLEN WARSAW MARATHON na muszce, 21 kwietnia 2013

Poniedziałkowy odzew i reakcja środowiska biegowego dotycząca organizacji pierwszego Orlen Warsaw Marathon były bardziej niż pewne. Drugi maraton w Warszawie od samego początku był na muszce i wywoływał wiele zagorzałych dyskusji, a gdy jest już po wszystkim powstaje pytanie – czy zostanie już na stałe w kalendarzu biegowym i czy łatka drugiego pozostanie przypisana mu na zawsze?



Co osoba, to opinia. Jedni buntowali się i nadal są wierni wrześniowemu biegowi organizowanemu przez Fundację Maraton Warszawski, inni gorąco dopingowali Orlenowi - wiosennemu przebudzeniu i możliwości sprawdzenia swojej formy po długiej zimie, a jeszcze kolejnym było wszystko jedno. Grupa trzecia, to zazwyczaj osoby, które do tej pory nie brały udziału w zawodach, albo po prostu nie interesują się sportem i niedzielę spędziły na leniwych spacerach po parku. Pogoda ewidentnie dopisała wszystkim. Jest jeszcze czwarta sytuacja, która niestety zostawiła chyba najsmutniejsze wspomnienia – a można by ją ogólnie nazwać „brakiem kultury kibicowania”.


Tym razem brałam udział w biegu na 10km. Ustaliłam życiówkę i choć poprawa skromna, to zawsze do przodu. I bardzo się cieszę. Start zleciał mi jak z bicza strzelił, miałam mnóstwo czasu na obserwację. Nie ukrywam, że szalejące opinie na temat organizacji wzbudziły moją ciekawość i może gdyby nie one, wszystko przebiegłoby z mniejszym echem, a tak…

Ogólnie – organizacja super, atmosfery brak.

Niestety odnoszę wrażenie, że w całym marketingowym szumie, reklamie i chęci wywołania niesamowitego efektu, zgubiła się gdzieś dusza święta biegowego.
Ta sprawa jest nieco bardziej skomplikowana i nie tyczy się tylko ekspozycji Orlenu, jako sponsora, który zadbał, aby być widocznym wszędzie i to już od bardzo długiego czasu. Dotyczy także szeroko pojętej kultury kibicowania i odbioru biegaczy w ogóle, ale o tym za chwilę.
Efekt promocji chyba się opłacił, bo podsłuchując uczestników – biegli oni
„w Orlenie”, a nie w maratonie, dyszce czy w biegu charytatywnym. Osoby niemające z bieganiem nic wspólnego i które nie śledzą wydarzeń sportowych miasta, relacjonują wczorajszy dzień - jako morze czerwonych plecaczków Orlenu. Tłumy takowych przed metrem centrum wskazywały na to, że „coś się dzieje”. Co - to już mniej istotne, ale widać, że Orlen.

Organizacja rozumiana, jako przygotowanie całej techniki, zaplecza, miasteczka biegowego – naprawdę na wysokim poziomie. Widać, że sponsor hojny.
Na pierwszy rzut oka nie zabrakło niczego. Obserwując z zewnątrz – klasa… jednak czy o to chodzi?
Biel namiotów, banery i reklamy zaczynały się i kończyły w okolicy Stadionu Narodowego. To tu skupiło się całe wydarzenie i tu pozostało. Tak, jakby sam bieg nie był już tak ważny. Wystartowali, pobiegli na trasę, wrócą. Będą zadowoleni. Najważniejszy jest efekt WOW, wielkość, rozmach i pokaz. Niestety takie opinie krążą wśród bywalców imprez sportowych.


Infrastruktura, prysznice, depozyty, a nawet podłoga w strefie handlowej, robiły wrażenie. Niewiele osób do tej pory miało do czynienia z takim poziomem organizacji. Jesteśmy przyzwyczajeni do szkolnych sal, sceny zbitej z kilku podestów, bądź miejskiego domu kultury. Może trochę przesadzam i wyolbrzymiam sytuację, jednak dotychczas nie było w Polsce imprezy biegowej zrobionej z takim rozmachem, jak zostało nam to przedstawione w ten weekend.
Solidna konstrukcja bramy startu z dziewczynami bujającymi flagami prawie jak na wyścigach Formuły I i ze stanowiskiem DJa - wzbudzały podziw. Konstrukcja mety z miejscem dla prowadzącego i gości czy ekrany, na których relacjonowano wydarzenia live – świetne. W oczekiwaniu na swoich znajomych sama z chęcią położyłam się na trawie i oglądałam, co się dzieje na trasie.
A na tej działo się… wiele.


Już sam start łączony - maraton i 10km - był, co się okazało dość wąskim gardłem. Na obrazku wyglądało to pięknie, jednak w praktyce okazało się tłokiem i walką o jak najszybsze opuszczenie tego kokonu. Sympatycznym był gest maszynistów, którzy pędząc pociągami przez wiadukt znajdujący się nad linią startu – witali biegaczy sygnałami dźwiękowymi. Sygnał startera był już jednak trochę falstartem. Gdy przebiegło się przez bramę startową okazało się, że trzeba się zatrzymać, bo zrobił się korek. Potem zaczął się bieg chodnikiem, krawężnikiem i mijanka wolniejszych każdą napotkaną luką.
Trasa na 10km nie była w ogóle oznaczona. Co do flag z kolejnymi kilometrami na maratońskiej – słyszałam wiele zarzutów. Jeżeli błąd w obliczeniach spowodował, że trasa została źle oznakowana, to zmyłka kosztowała wiele nerwów szczególnie tych, którzy precyzyjnie celowali w złamanie trójki. Byłam świadkiem pecha, bo ewidentnie o takim należy mówić, gdy biegacz finiszował z myślą o zapasie 45-sekundowym, a co się okazało czas jaki osiągnął na mecie wyniósł... 03:00:02… Przykro.

Wracając do startu. Aby przedostać się od strony Stadionu Narodowego do swojej zamierzonej strefy na 10km, musiałam przeskakiwać przez barierki, które solidnie odgradzały oba dystanse. Szłam wzdłuż nich kawałek, ale ponieważ nie mogłam się doczekać luki w płocie, zmuszona byłam do skorzystania z pomocy panów, którzy podsadzili mnie po jednej i odebrali po drugiej stronie. Za to bardzo im dziękuję. Płotki były tak solidną barierą, że po ustawieniu się na odpowiednim szlaku – nie było mowy o jego przekroczeniu, o czym informował dość często prowadzący. Gdybym jakimś cudem znalazła się po niewłaściwej stronie – zostałoby mi przebiec 42km. O tym w głębi serca marzyłam, ale wiedziałam, że nie taki jest plan.

Wszystko wydawało się wielkie – wieli stadion, wielki namiot VIP, wielka powierzchnia, wielkie gwiazdy sportu… "tylko trochę ludzi brak"…
Oceniając miniony weekend, jako święto biegania – trochę zabrakło mi jego atmosfery. Niestety. Nie ma tu mowy o winie kogokolwiek, bo tę buduję się latami. Przypomina mi się niesamowita panująca podczas maratonu w Dębnie, gdzie czuć na każdym kroku ducha biegowego, począwszy od relacji przyjacielskich, wsparciu, braku podziałów na lepszych i gorszych, a kończąc na niesamowitych kibicach, którzy przeżywają bieg razem z uczestnikami i dopingują wychodząc do swoich przydomowych ogródków. Poza tym piejące koguty i dźwięk syren ochotniczej straży pożarnej, a także grillujący za płotem mieszkańcy nawołujący „zapraszamy, zapraszamy”. To jest przywitanie godne wielkiego Dziękuję.
W Warszawie było po prostu smutno. Czy to kwestia „nowego biegu”? Reklama przecież była? Kibice pojawiali się, co oczywiste w okolicach Narodowego, ale poza nim można było ich policzyć z przymrużeniem oka na palcach jednej ręki. Tak liczne grupy muzyczne przygrywające na wrześniowym Maratonie Warszawskim, mieszkańcy wyglądający z okien – wczoraj niewidzialni.
Szkoda, że brak u nas rozwiniętej kultury kibicowania. Dla zmagającego się z własnymi słabościami i z bólem biegacza – nie ma nic bardziej budującego jak okrzyk „Dalej, dasz radę, już niedaleko!”. Czasami jedno słowo może dodać skrzydeł na kolejny kilometr. Ciężko jest biec samotnie, z własnymi myślami, gdy w głowie panuje tylko walka.

Mając wczoraj szansę na trochę dłuższą obserwację, runęło moje poczucie współodczuwania radości. Słysząc bluzgi kierowców, którym biegacze tarasowali drogę, słysząc przekleństwa skrzące spod kół i widząc czerwone od złości twarze – robi się przykro. Informację na temat zamkniętych dróg organizatorzy puścili w obieg sporo wcześniej, starali się zadbać o kwestię komfortu dla każdej ze stron, a mimo wszystko zawsze ktoś jest niezadowolony. Łącznie z pieszymi, którym trasa biegów wypadła akurat idealnie na przejściu i musieli defiladowo kroczyć tuż przed nosem sportowca. To także kwestia służb, które miały pilnować sytuacji. Miały.

Podsumowując
Pierwszy Orlen Warsaw Marathon jest jak dopiero narodzone dziecko. Widać, że rodzice bogaci, a zaplecze socjalne zapewnione perfekcyjnie. To, na czym musi się teraz skupić, to słuchanie starszych ciotek i wujków, wyciąganie wniosków z własnych błędów, które są doskonałą lekcją na przyszłość. Jest szansa, że wyrośnie nam bystry nastolatek, o ile zostanie odpowiednio pokierowany.
Jak wielu będzie miał przyjaciół, a ilu ma już wrogów – ciężko stwierdzić.
Czas wszystko zweryfikuje.
Osobiście daję szansę, jednak marzy mi się połączenie nie tylko pieniędzy i perfekcyjnej organizacji, ale i serca i duszy.