eabs.bandcamp.com

Chłopakom należy się kilka dużych słów uznania. Przede wszystkim za to, że wskrzeszają odległe muzyczne galaktyki, niedostępne, nawet w dobie wszechobecnej komunikacji, potencjalnemu zjadaczowi dźwięków. Po drugie zmierzyli się z OGROMNYM repertuarem twórcy, jaki (i jakiego) trudno ogarnąć nawet sześcioma umysłami do sześcianu.

REKLAMA
ARKestra
Obiektywnie można powiedzieć, że Herman Poole Blount - człowiek, który stał się jazzowym kosmitą, na długo przed tym, zanim David Bowie zrobił to samo w dziedzinie rocka - grał całe życie wyłącznie dla przyjemności własnej, kolegów z Arkestry i bardzo wiernego grona niewielu wówczas wielbicieli. Nagrywał śladowy nakład każdego z blisko setki albumów (kilkadziesiąt szt. / USA), co w czasach komunikacyjnie prehistorycznych, czyli bez YT czy Bandcamp, było artystycznym harakiri. Mało tego... Sun Ra robił muzycznie wszystko, żeby nie przypaść do gustu masowej publiczności. Włączając wyrobione jazzowo uszy. Oczywiście miewał mniej lub bardziej znośne albumy, miał nawet kilka hitów. Jednak biorąc pod uwagę blisko setkę logplay’ów, jakie markował osobliwym pseudonimem, trudno wśród nich znaleźć wiele dokonań jazzowo mainstreamowych. Nawet jak grał swing (stylistykę oczywiście), to robił to po swojemu, czyli abstrakcyjnie.
Można by o nim napisać kilka książek, które i tak nie wyczerpałyby tematu. Ale zdecydowanie ważniejsze od historii i socjologii są inspiracje jego wielowymiarową muzycznie oraz ideologicznie twórczością. Zacznę od siebie. Moja przygoda z tym charakternym jazzowym kosmitą zaczęła się grubo ponad 20 lat temu, kiedy po raz pierwszy wertowałem opasłe księgozbiory allmusic.com, niczym zmarły kilka dni temu Wilhelm z Baskerville… Robiłem to samo i równolegle z niemniej przepastną dyskografią Milesa Davisa. I ogarnęła mnie taka oto refleksja, inspirowana czytaną wówczas książką Chrisa Cutlera "O muzyce popularnej" (polecam!!!), w jakiej porównuje on losy dwóch artystów, których symbolicznie połączyła wytwórnia płytowa Sun Records z Memphis. I pierwszy z nich, no król rock’n’rolla po prostu, jest zestawiony z intelektualnym wykonawcą country – ktoś powie: to brzmi jak oksymoron (you moron), ale tak jest. I pomyślałem sobie, że takim jazzowym królem, a w zasadzie mesjaszem (jak narysował kiedyś ktoś) jest Miles, a jego kameralną, undergroundową i zupełnie wyalienowaną wersją jest Sun Ra właśnie. Dlaczego? Wystarczy posłuchać „Atlantis” uznawanego przez wielu krytyków za opus magnum Hermana… Jak ktoś przetrwa z uwagą do końca, zwłaszcza w utworze tytułowym, to niech napisze o wrażeniach w komentarzu poniżej. Powiem krótko, „Requiem dla Van Gogha” by Czesław Niemen & Helmut Nadolski to bardzo przystępna suita przy wielominutowym „Atlantis”…
Kosmita do tego stopnia poruszył wówczas moim muzycznym wszechświatem, stymulowanym wyłącznie instrumentami (choć namiętnie połykałem wtedy "Mushroom" niejakiego Can), że na pierwszy alias maila w życiu wybrałem właśnie sunra@..., i mam go do dziś!
Jeżeli chodzi o stricte wykonawcze inspiracje, to najbardziej jaskrawym ówczesnym przykładem, włączając nieziemskie ciuchy, był Jimi Tenor. I musiały minąć dekady, żebyśmy poznali młodych, także wiekiem, adeptów czerpiących z dorobku multiinstrumentalisty. I to w skrajnie dziwnym dzisiaj kraju… naszym.
Mógłbym jeszcze pisać kilka dni o arce dźwięków podarowanych nam przez Sun Ra, ale takie publikacje już na szczęście nasze istnieją. Bardziej dziennikarską popełnił Lech Borowiec, a znacznie obszerniejszą, czytaj analityczno – merytoryczną, stworzył Sebastian Jóźwiak, nadworny ideolog zjawiska EABS. Przypadek???
kROK do tyłu
„Slavic Spirits” opisałem rok temu w samych jazzuperlatywach. To na pewno jeden z nielicznych w Polsce albumów koncepcyjnych ever. I choć nie realizuje idei słowno-muzycznej, jak na pomnikowych albumach w paradygmacie rockowym przystało (dajmy na to „Ciemnej Stronie Księżyca” czy „Niemen Aerolit”), to, biorąc pod uwagę zwłaszcza muzykę, tytuł longlplay’a, nazwy utworów, a także zasobną w idee książkę (dodaną do winylowej edycji, którą mam przyjemność posiadać), geneza słowiańskości skrzy się gęsto i wielobarwnie. Często wracam do tego albumu, bo jest dla mnie ważny muzycznie oraz ideologicznie.
Dyscypline (Letters to Sun Ra)
„Discipline of Sun Ra”, najświeższe wydawnictwo formacji, na pewno nie jest koncepcyjne (ideologiczne) aż w takim wymiarze jak „Slavic Spirits”. Na pierwszy rzut oka i ucha album wydaje się podobnym hołdem, jaki formacja złożyła na swoim debiucie Komedzie. „Discipline of Sun Ra” otwiera „Brainville”, który w pierwszych minutach może kojarzyć się z nieodżałowanym Robotobibokiem. Ale po chwili instrumenty pokornieją, a nawet zaczynają nieco bujać, ale w dobrą stronę. Kolejne utwory, zainspirowane konkretnymi dokonaniami kosmicznego jazzmana (włączając oryginalne tytuły), są na zmianę nieco nostalgiczne („Trying to Put the Blame on Me”), oniryczne („Interstellar Low Ways”), czasem nieco wyalienowane („Neo-Project #2”). Ale także dynamiczne („Discipline 27”), skoczne („The Lady with the Golden Stockings (The Golden Lady)”), a nawet trochę przaśne („UFO”).
Sun Ra jest na pewno wielką inspiracją formacji. Od lat. Wiem ze sprawdzonego źródła. Ale, podobnie jak to miało miejsce na debiucie z Komedą, EABS słucha, analizuje, przetwarza i generuje nową jazzową jakość. I nie jest to na pewno droga prosta, tautologiczna, wtórna, uproszczona przez współczesne narzędzia i wszystko umiejące aplikacje, z jakich pełnymi garściami korzysta dajmy na to Skalpel, wycinając i sklejając tu i ówdzie Komedę, Namysłowskiego czy Weather Report. EABS, tak bardzo obrazowo, wzięli na warsztat pięknego, choć zmurszałego już Cadillaca Coupe DeVille, rozłożyli go na części i zmontowali oryginalny wehikuł czasu, też cabrio, łączący zardzewiałe jazzowe science fiction z nujazzem.
Dlatego chłopakom należy się kilka dużych słów uznania. Przede wszystkim za to, że wskrzeszają odległe muzyczne galaktyki, niedostępne, nawet w dobie wszechobecnej komunikacji, potencjalnemu zjadaczowi dźwięków. Po drugie zmierzyli się z OGROMNYM repertuarem twórcy, jaki (i jakiego) trudno ogarnąć nawet sześcioma umysłami do sześcianu.